Moja tradycja spędzania sylwestra "inaczej" ma już kilka lat, a największe moje osiągnięcie w tym zakresie to przespanie godziny 0.00 w sylwestra roku 1999-2000. Pierwszy stycznia roku 2000 powitał mnie miłą, słoneczną pogodą i o godzinie 9 rano wybrałem się wówczas na wycieczkę rowerową po okolicznych wiochach i miasteczkach. Widok był niesamowity - bezludne wsie, brak pojazdów na drogach, grobowa cisza. Wspaniałe przeżycie, trochę groźne, bo kojarzyło mi się to z Czarnobylem. W pozostałych latach zazwyczaj też sylwestra spędzałem "rowerowo" - ot tłucząc się po wiochach. W zeszłym roku, w wyniku uzbrojenia się w kolcowane opony i solidny zestaw oświetleniowy postanowiłem spróbować czegoś bardziej ekstremalnego. Cel wyprawy mógł być tylko jeden - szczyt Śnieżnika. Tej i poprzedniej zimy wielokrotnie udawałem się na zimową przejażdżkę w tym kierunku ze skutkiem jak najbardziej pozytywnym (zapierające dech w piersi zjazdy). Na początku grudnia zeszłego roku powierzchnia śniegu była na tyle zmrożona, że prawie dojechałem pod schronisko na Śnieżniku, a następnie z rowerem na plecach zaatakowałem szczyt, spotykając na nim między innymi mojego dziekana. Zjazd ze szczytu był rewelacyjny, wszystkie wyboje były pokryte grubą warstwą śniegu i lodu i można było pociskać ile da fabryka, bez zbytnich konsekwencji upadkowych. Chciałem jeszcze przejechać dziekana, ale ten przezornie wyczuł zagrożenie i gdzieś zniknął.

Wracając do tematu, dzień przed sylwestrem, w dniu 30 grudnia roku 2004 pojechałem rowerem do schroniska na Śnieżniku, aby sprawdzić stan drogi, oszacować czas wjazdu i porobić zdjęcia. Wyjechałem z domu dość późno, bo około 13, lecz spokojnie uwinąłem się tam i z powrotem do zachodu słońca. Dzień później, 31 grudnia zacząłem się przygotowywać do wyprawy, przejrzałem rower, naładowałem akumulator, spakowałem do plecaka jakieś ciuchy i przespałem się troszkę w południe. Zastanawiałem się nad zabraniem kamery, jednak mając na uwadze trudne warunki zostawiłem ją w domu. Aparatu też niestety nie miałem.

31 Grudnia. Około godziny 17 dzwoni do mnie mój kolega Miłek, z którym widuję się kilka razy na rok, pyta się, co robię na sylwestra, bo on ma taki pomysł, żeby pojechać na rowerze na szczyt śnieżnika ! Hehe, telepatycznie chyba się połączyliśmy, w każdym razie perspektywa jazdy z kompanem bardzo mi się podoba. Z szacunków z dnia poprzedniego wynika, że wystarczą dwie godziny z kawałkiem na dotarcie do szczytu. Umawiamy się na 21.30 w Międzygórzu. Parę minut wcześniej ubieram się solidnie (goretex us-army, buty bundeswery), zakładam oświetlenie (przednia lampa + czołówka) i jazda. Na razie pogoda jest dobra, nie ma wiatru a temperatura jest nieco powyżej zero stopni. Wyżej może być jednak znacznie, znacznie gorzej. Spotykamy się w umówionym miejscu, nieopodal w centrum Międzygórza zaczyna się impreza "Sylwester pod gołym niebem", gdzie zebrała się śmietanka miejscowych pijaków. Podjeżdżamy do nich, mają jakieś uwagi, ignorujemy ich i pędzimy przed siebie. Miłek jest rok młodszy ode mnie, ujeżdża zdezelowanego górala i lubi przyciskać, co nie raz zakończyło się dla niego fatalnie. Najciekawszą przygodę miał, gdy jechał na rowerze ze standardową butlą do kuchenek gazowych na ramieniu z jakiejś góry, gdy na ulicę wybiegło dziecko, dał po przednim hamulcu i dalej można sobie wyobrazić co się stało. Jego obecność bardzo pozytywnie wpływa na średnią, nie ma to jak rywalizacja między facetami. Opuszczamy już Międzygórze, żegnamy asfalt i wybieramy czarny szlak, który jest najkrótszą, lecz najbardziej upierdliwą (czyli stromą) drogą, jaką można się dostać na szczyt. Po drodze zastanawiamy się, jak to jest możliwe, że moje opony (Maxxis Highroller 2.35) z gigantycznym bieżnikiem radzą sobie w tym mokrym śniegu gorzej niż jego Rubeny Trylobity, które są typowym semi-slickiem. W połowie drogi na Śnieżnik nie jesteśmy już w stanie jechać, zatrzymujemy się, a Miłek oświadcza, że ma pół litra wiśniówki. No cóż, trza pić ! Robi się mile gorąco, pchamy rowery i zaczynamy rozmawiać, jak to zwykle bywa o o męskich tematach: rowerach, uczelni, świecie, filozofii aż w końcu, jak się można było spodziewać, o babach. Oczywiście co jakiś czas popijamy wiśniówką. W ten sposób czas i droga szybko mija i wkrótce docieramy do schroniska, gdzie są tłumy ludzi. Spotykam dwóch znajomych a poza tym ludzie nie mogą się nadziwić, co tu robią dwa rowery. Ja sprawdzam, czy moja czołówka jeszcze się nie stopiła, całe szczęście nie (żarówka ma taką właściwość, że roztapia reflektor przy braku chłodzącego opływu powietrza). Przy okazji wdaję się z kimś w dyskusję na temat rzekomego cudu - latarek diodowych. Miłek gdzieś zniknął, po chwili się zjawia. Czas nas goni, rowery na plecy i idziemy na szczyt. Razem z nami podąża grupa kilkunastu osób, każdy czymś tam sobie świeci - latarką, pochodnią czy też telefonem komórkowym. Jak tak dalej będzie, to na szczycie będzie tłok ! Teraz zaczynamy się zastanawiać nad zjazdem - Miłek nie ma żadnego oświetlenia. Trasa na szczyt jakoś się strasznie ciągnie, tuż przy nim zaczyna bardzo silnie wiać no i widoczność jest na około 100 metrów. Na szczycie kilkadziesiąt osób i dwa namioty. Całe szczęście nie ma żadnych trepów ze straży granicznej, pewnie zaraz by się do mnie przypierdolili, bo jestem w militarnych barwach. Zostawiamy rowery przy ławkach, raczej nikt ich nie ukradnie, wspinamy się na ośnieżoną kupę gruzów. Aż trudno sobie tam znaleźć miejsce. Jeszcze chwila i dwunasta. Wszyscy krzyczą, składają sobie życzenia a my kończymy wiśniówkę. Pora wracać, ubieram jeszcze jedne spodnie i rękawiczki oraz obniżam siodło. Niestety, trasa nie jest ubita i nie da się jechać, ale po chwili stok robi się na tyle stromy, że udaje nam się jakoś staczać w mniej lub bardziej kontrolowany sposób. Oczywiście problemem zaczyna być oświetlenie. Zapalam z tyłu czerwone światło, Miłek kieruje się na nie, lecz po chwili wpada na jakieś drzewo i wrzeszczy. Zmiana, teraz on z przodu. Jest chyba jeszcze gorzej, co chwilę tracimy panowanie nad rowerem i sru w śnieg. Obydwoje stwierdzamy, że te trylobity są jednak do dupy, a może za dużo wiśniówki ? Mi się jedzie rewelacyjnie. Do schroniska dojeżdżamy po około 10 minutach, jako pierwsi z sylwestrowych zdobywców szczytu. Miłek postanowił zaszpanować, lecz przeliczył się nieco i spadł z dwumetrowego murku w tłum ludzi (którego oczywiście nie zauważył), całe szczęście nikogo ani niczego nie uszkodził. Dojeżdżam do niego, teraz widać, że tutejsze towarzystwo jest mocno pijane. Ktoś robi zdjęcia. Miłek mówi, że zostaje jeszcze trochę, ja nie zamierzam splamić honorem szlachetnego stanu kawalerskiego i odjeżdżam. Do zjazdu wybieram czerwony szlak, jest on bardzo trudny, w zasadzie przejezdny tylko w dół. Łącznie 20 W światła w wystarczający sposób oświetla mi drogę, którą jest półmetrowej szerokości ścieżką wydeptana przez turystów na stromej górskiej ścianie. Mały błąd kończy się wpadnięciem przedniego koła w nieubity śnieg i pięknym OTB. W pewnej chwili nie zauważam półmetrowego uskoku i robię OTB przy prędkości około 20 km/h i uderzam czołówką w śnieg tak, że aż mi się na czole odciska śrubka od niej. Heh, w sumie dzień wcześniej też leżałem w tym miejscu, zbieram się i pruję dalej. Zjazd po prostu rewelacja, czuję wiatr na policzkach, gra muzyka i po chwili jestem w Międzygórzu, które wygląda jakby pobiła się tutaj banda kiboli - wszędzie krew i szkło. Dostrzegam jeszcze niedobitki "Sylwestra pod gołym niebem". Jeszcze 3 km i jestem w domu. Pod samymi drzwiami wpadam w poślizg i leżę w kałuży. Nie mam kolców na tylnym kole - tak sobie to tłumaczę, choć może to alkohol ? W domu zaczynam się zataczać, wypada mi z ręki kubek z herbatą. Co jest ? Po chwili nie mam już żadnych wątpliwości - jestem pijany. Ale jakim sposobem pokonałem tak trudną trasę ? Żeby nie narobić więcej szkód idę spać. Teraz już nie dziwię się, gdy w mediach słyszę, że złapano rowerzystę mającego 3 promile we krwi, po prostu w takim stanie łatwiej jest na rowerze jechać niż iść.

Później dowiaduję się jeszcze, że Miłek cało dotarł do domu, spotykamy się i dyskutujemy o wrażeniach. Bezspornie stwierdzamy, że warto było ! Snujemy plany na przyszły rok. Nie wyobrażamy sobie, żeby siedzieć w domu. Co będzie, pokaże czas, ja ze swojej strony bez względu na warunki zamierzam powtórnie udać się w sylwestra na Śnieżnik.

 

Międzygórze, marzec 2005