Moja tradycja wypraw w poszukiwaniu wiosny ma już kilka lat, poza oczywistym elementem żegnania zimy znaczy ona dla mnie wiele, gdyż właśnie podczas mojej pierwszej wyprawy tego typu, a było to jeszcze gdy chodziłem do szkoły średniej, poczułem to "coś" w jeździe na rowerze, co mnie zauroczyło, w czym się zakochałem. Często wspominam tą wyprawę - ciepło, słońce, urokliwa okolica i zdezelowany rower, trzęsący się i dzwoniący na każdym wyboju. To niesamowite wrażenie poznawania, jakby było się w innym świecie.
 

Jest sobota, 10 kwietnia roku 2004. Siedem lat po pierwszym "poszukiwaniu wiosny" wsiadam na rower i udaję się trasą tej pionierskiej wyprawy sprzed lat. Tym razem będzie to pierwsza dłuższa wyprawa dla mojego nowego roweru, złożonego całkiem niedawno, dla którego "zdradziłem" moje zainteresowania paralotniarstwem, mianowicie sprzedałem sprzęt latający i kupiłem rower, górala, który ma zaspokoić moje rosnące potrzeby eksploracji gór. Przez ostatnie lata doprowadziłem swoją specyfikę jazdy do takiego poziomu, że zacząłem się już obawiać o mojego starego trekkinga (niektóre jego części pamiętają jeszcze tą pierwszą wyprawę sprzed lat). Potrzebowałem czegoś mocniejszego, o dłuższej ramie, większym skoku i grubszych oponach. Pierwsze jazdy mnie zachwyciły, jednak jeszcze przez kilka miesięcy musiałem uczyć się nowego roweru i poznawać technikę jazdy. Jestem ponadto wdzięczny losowi, że przez ten czas, zanim "uświadomiłem" sobie parę rzeczy, nic mi się nie stało i nie narobiłem też jakiś większych szkód.

Około godziny jedenastej jestem już gotowy i wyruszam z domu spod Międzygórza w kierunku Wilkanowa, po drodze pożyczam aparat od kumpla a następnie odwiedzam Waldka, z którym mieszkam razem w akademiku. Waldek czasami jeździ na rowerze, lecz teraz nie ma szans, żeby się ze mną wybrał. Robię mu zdjęcie i ruszam w kierunku Idzikowa, z zamiarem zaatakowania przełęczy Puchaczówki od strony zachodniej.

Jedzie się świetnie, grube opony burczą po asfalcie tak, że wydaje mi się, że ludzie z domów wyglądają przez okna zobaczyć co to tak gwiżdżę. Widocznie nie jestem jeszcze przyzwyczajony do takich odgłosów. Wiatru prawie nie ma i jest przyjemnie ciepło. Po chwili mijam ostatni dom w Idzikowie i zaczynam wspinać się pod Puchaczówkę. Droga staje się stroma, jadę ledwie 9 km/h. Nie nudzę się, jest co wspominać. Po pierwsze, pamiętam jak kilka lat wcześniej zaczęto budowę kompleksu wyciągów na Czarnej Górze i remont tejże drogi. Kto zna Puchaczówkę, ten wie, że z tej czy z tamtej strony atak pod nią zawsze daje po kościach. Wtedy przez kilka miesięcy przewalały się tam i z powrotem ciężarówki wożące materiały budowlane, poruszające się do góry z prędkością około 15 km/h, z czego skwapliwie korzystałem czepiając się ich. Wtedy, podczas wakacji, narobiłem w ten sposób kilka kursów w obie strony. Po drugie zaś, na rowerze pamiętającym jeszcze moje "pierwsze poszukiwanie wiosny", w roku 2000 pobiłem na tym zjeździe swój rekord szybkości - 88.9 km/h. Byłem tak podjarany, że chciałem zrobić "stówę", lecz z czasem jakoś mi przeszło. Po kilku kilometrach wjazd funduje chwilkę przerwy w postaci 200 metrowego kawałka prostej i po kolejnych dwóch kilometrach znajduje się już na właściwiej przełęczy. Rozlega się stąd wspaniały widok na Kotlinę Kłodzką, widać też dolną i górną stację kolejki linowej na Czarnej Górze oraz przekaźnik telewizyjny. Patrząc się w kierunku południowym, kilka kilometrów przed sobą widać białą ścianę wyrobiska skalnego. To będzie mój kolejny punkt wyprawy. Tymczasem zjeżdżam serpentyną dwieście metrów do niewielkiej kapliczki pod drzewem i kieruję się na południe po stoku góry, ledwo widoczną dróżką. Wokoło są jeszcze kupy śniegu, a droga jest bardzo grząska, więc poruszam się bardzo powoli a czasami idę. Na chwile warto się jeszcze zatrzymać przy tej kapliczce i poznać jej historię. W czasie zaboru pruskiego, niedaleko tego miejsca było małe gospodarstwo. Żyła tam pewna rodzina, której ojciec pewnego dnia dostał  powołanie do wojska do twierdzy w Kłodzku. W domu brakowało rąk do pracy, wzajemna tęsknota wzmagała się. Ojciec przez wiele miesięcy pozostawał na służbie a wszelkie jego prośby o przepustki spalały na panewce. Pewnego dnia nie wytrzymał, uciekł i przyszedł piechotą z odległego 30 km Kłodzka do domu (pewnie gdyby mógł, przyjechałby na rowerze). Spędził w domu noc a drugiego dnia rodzina odprowadziła go do miejsca, gdzie obecnie stoi ta kapliczka. Po powrocie do twierdzy ojciec został ukarany za dezercję - wychłostany i skatowany przez podwładnych i po kilku dniach zmarł. Rodzina uczciła pamięć ojca kapliczką w miejscu, gdzie ostatnio widzieli go żywego. Tymczasem droga wpada w las zmieniając się w fantastyczny zjazd. Jeszcze chwilka i zbliżam się do skalnej ściany, na której w lewym górnym rogu można dostrzec niewielkie zagłębienie. Kryje ono wejście do niewielkiej jaskini, o której od dawna słyszałem od mojego wujka. Kilka lat wcześniej jaskinię tą eksplorowałem wraz z kolegami, a udało nam się to dopiero za drugim razem, gdyż podczas pierwszej wyprawy okazało się, że w wejście wmurowano drzwiczki, które zamknięto na kłódkę. Kolejnym razem przybyliśmy z brzeszczotem i po chwili piłowania zanurzyliśmy się we wnętrznościach Ziemi na dwie godziny. Sama jaskinia nie jest jakaś imponująca, jest tam bardzo brudno i wilgotno, a po wyjściu wyglądaliśmy tak, jakby każdy z nas wyczołgał się w błocie. Kolejna, trzecia eksploracja też się nie udała, gdyż tym razem wejście zostało zamurowane i zapewne w tym stanie pozostaje do dnia obecnego. Jaskinia ta, a właściwie związane z nią wyrobisko jest pozostałością po eksploatacji złóż marmuru w tych okolicach. Wszędzie pełno jest budowli przemysłowych a drogi są śnieżnobiałe, co mi osobiście bardzo się podoba. Tym razem tylko przejeżdżam obok wyrobiska i kieruję się do góry w prawo, trasa w lewo kusi mnie pięknym zjazdem przez Konradów w kierunku Trzebieszowic, lecz tamtędy już jechałem wielokrotnie a tym razem chcę poznać coś nowego. Ponura droga po chwili snuje się fajną dolinką, którą dziesiątki razy widziałem z góry położonej po przeciwnym jej końcu, lecz nigdy nie wyobrażałem sobie, że jest tutaj tak urokliwie. Wokoło pełno jest ruin domów, jeszcze za Niemców kwitło tutaj życie, kilkanaście domów to przecież całkiem spora wieś ! Szkoda tylko, że nie pokonuję tej trasy w przeciwnym kierunku, gdyż byłaby tutaj okazja na fajny zjazd. Teraz zauważam, że pogoda się psuje, niebo zasnuwa się i nie ma już takiego błękitu, jaki był rano. Zaraz wjeżdżam do lasu i spotykam czerwony szlak biegnący z przełęczy Puchaczówki w kierunku Stronia Śląskiego, podążam nim w dół, zjazd jest fantastyczny lecz w pewnym momencie przeliczam się na zjeździe i w ostatnim momencie zauważam i unikam pewnej "nieciągłości" drogi. Zatrzymuję się w tym miejscu i robię zdjęcie Stronia i góry Łysiec, z której wielokrotnie latałem. Po kilkunastu minutach jestem u jej podnóża, gdzie spotykam mojego znajomego, Czesia "Kiprownika", który akurat wylądował na paralotni. Jego ksywka wzięła się stąd, że na każdy lot zabiera sporą porcję kamieni w celu dociążenia, które wysypuje (kipruje) na chwilę przed lądowaniem. Ja kiedyś też zabrałem całkiem poważną porcję balastu tego typu, lecz po starcie, gdy stwierdziłem jego zbędność, wpadłem na wspaniały pomysł zbombardowania lasu i zrzuciłem dwa kamienie każdy po około 5 kg z wysokości około 200 metrów, niestety dopiero później pomyślałem co by było gdyby...

Teraz opuszczam Stronie nowo zbudowaną drogą, biegnącą po lewej stronie rzeki Kleśnicy, mijam zaporę wodną (Latem warto się tam zatrzymać w celu popluskania się w wodzie - naprawdę jest ona ciepła !) a chwilkę później przejeżdżam koło budowanego kąpieliska. Robię tam zdjęcie, a po chwili w głowie rodzi się szalony pomysł jazdy po betonowym umocnieniu brzegu. Po około 200 metrach rozpędu ściana wyraźnie skręca w lewo a ja spokojnie na nią wjeżdżam i zachwycam się efektem siły odśrodkowej, która pozwala mi swobodnie poruszać się po całym zboczu skośnej, betonowej ściany. Przyjemność trwa tylko kilka sekund, nawrót i w drugą stronę ! Zabawa przednia, nigdy nie miałem okazji do tego typu
zabawy na tak dużym obiekcie.

Moja trasa wiedzie teraz w kierunku Kletna. Z każdym metrem jest coraz stromiej, lecz od jaskini w Kletnie jest jeszcze gorzej, bo na drodze jest dużo śniegu, po którym nie sposób jechać. Dodatkowo mam na sobie tylko trampki. Robi się zimno a buty mokną. Po drodze spotykam jeszcze kilu turystów, którzy trochę dziwią się moją konfiguracją (rower na plecach, trampki a wokoło pół metra śniegu). Po prawie godzinie jestem już na przełęczy na wysokości około1000 m.n.p.m do schroniska na Śnieżniku jest stąd 300 metrów. Teraz powinna być tylko sama przyjemność zjazdu. Przynajmniej teoretycznie, bo śniegu jest wciąż strasznie dużo. Wybieram niebieski szlak wijący się po zboczu Żmijowca i Smrekowca, który dopiero po kilku kilometrach robi się przejezdny. W międzyczasie zauważam, że po drodze wymieniono wszystkie słupy telefoniczne, jednakże te są dziwnie przechylone, zastanawiam się, czy aby jest tu bezpiecznie. Ciekawe, kto wpadł na pomysł wkopywania słupów w zmrożoną ziemię ? Tak, wiem, TP SA maczała w tym palce a wszyscy znamy ją z gospodarności. Na wiosnę wszystko będą musieli poprawiać (i poprawili). W momencie gdy kończy się śnieg, zaczyna się około dwukilometrowy zjazd. Zawsze obawiam się tu rozwijać duże szybkości z powodów sprzętowych (raz wygiąłem na tej trasie obręcz).

Tym razem sprzętu jestem pewien, dokręcam gdzie się da i miejscami przekraczam 60 km/h. Niestety dziś po raz drugi nie zauważam "nieciągłości" jezdni, tym razem nawet nie zdążam z hamowaniem, co kończy się wpadnięciem z dużą prędkością na rozkopany jej fragment. Efektem jest kapeć w tylnym kole i pewne uszkodzenie obręczy. Tydzień wcześniej zerwałem łańcuch i też jakimś sposobem uszkodziłem tylną obręcz, zastanawiam się, ile jeszcze ona czasu wytrzyma ? Odwracam rower, ściągam koło i biorę się za łatanie. Nie jest dobrze, zarówno opona jak i dętka są w dwóch miejscach rozcięte, w sumie naklejam więc cztery łatki i mam nadzieję, że wszystko to będzie się trzymać kupy (puściło cztery miesiące później). W sumie straciłem ponad pół godziny na łataniu koła i prostowaniu obręczy. Końcowy odcinek pokonuję już spokojnie, jeszcze tylko przejazd przez Międzygórze i już jestem w domu.


Dopiąłem więc swego, wiosnę znalazłem i powtórzyłem (w pewnej) części trasę sprzed lat. Teraz jest 23 marca 2005 roku, za kilka dni jadę do domu i po raz kolejny będę szukał wiosny.