Pomysł spędzenia na rowerze najkrótszej nocy w roku chodził mi po głowie od dłuższego czasu, próba dokonania tego w roku 2000 zakończyła się częściowym powodzeniem - po kilku godzinach włóczenia się po okolicznych wiochach, około drugiej w nocy zerwała mi się taśma w walkmanie i zacząłem przysypiać z nudy. Jakieś pół godziny po tym zdarzeniu napotkałem na patrol policji, który przypieprzył się do mnie z powodu braku świateł. Światła miałem, lecz akurat wtedy je wyłączyłem, gdyż poruszałem się z prędkością około 7 km/h, co samo z siebie powodowało nieskuteczność oświetlenia. W rezultacie zadecydowałem o szybszym powrocie do domu i już po w pół do czwartej byłem łóżeczku.

Data kolejnej próby wypadła na 25 czerwca roku 2004, a więc nie była to dokładnie noc świętojańska, lecz dzień po. Niestety dzień wcześniej miałem jakiś egzamin a była wtedy kiepska pogoda, więc w zasadzie ten dzień spóźnienia to żaden grzech. Tym razem postanowiłem sobie darować nudne jeżdżenie przez całą noc, moim głównym celem miała być obserwacja samego wschodu słońca.

Do wyprawy przygotowałem się dosyć dobrze, na pewno lepiej niż cztery lata wcześniej. Punktem startowym był mój dom, położony kilka km za Międzygórzem (to taka wiocha u stóp Masywu Śnieżnika) Plan był taki: wstać o drugiej, odpalić rower, wjechać na szczyt Śnieżnika (1425 metrów n.p.m.), obejrzeć wschód słońca, przespać się na szczycie i rano sturlać się do domu. Dzień wcześniej pojechałem do kumpla i pożyczyłem aparat, wieczorem spakowałem do plecaka śpiwór i mnóstwo ciuchów, łącznie z rękawiczkami i czapką, co jak się później okazało nie ochroniło mnie wystarczająco od zimna. Zrobiłem też kilka kanapek i nalałem gdzieś wody, pewnie do jakiejś butelki, którą wziąłem ze sobą. Jeszcze tylko baterie do latarki, jakaś muzyczka do discmana i nastawienie budzika na drugą.

O 2.00 Dźwięk budzika przerywa sen, czuję się strasznie śpiący i przemarznięty, nie mogę otworzyć oczu, nawet rozważam możliwość rezygnacji z wycieczki. Biorę się jednak do kupy i ruszam przed siebie. Na dworze zimno, niebo delikatnie zasnute stratusami i tylko gdzieniegdzie widać gwiazdy. Szumi rzeka. Międzygórze śpi, jedzie się komfortowo, gdyż lampy uliczne oświetlają mi drogę. W centrum spotykam łaciatego kota, który popatrzył się na mnie i czmychnął w las. Po chwili jestem już zupełnie sam, zanurzony w ciemności lasu. Do wjazdu na szczyt wybrałem niebieski szlak, na on najlepszą nawierzchnię z wszystkich dróg prowadzących na Śnieżnik i jest w miarę płaski. Po chwili jestem na rozstaju dróg, przede mną mruga przekaźnik radiowo-telewizyjny na Czarnej Górze. Skręcam w prawo, las przerzedza się i jednocześnie zaczyna się najbardziej upierdliwy odcinek - kilka kilometrów podjazdu po prawie prostej drodze. Pół godziny później trasa staje się bardziej płaska, bardziej kręta, robi się nieco jaśniej a moja prędkość czasami przekracza 30 km/h. Jeszcze tylko mały podjazd i jestem na kolejnym skrzyżowaniu dróg, gdzie szlak niebieski spotyka się z zielonym i nieistniejącym już czarnym. Czuję nasilające się porywy wiatru, zaczyna się robić jaśniej, robię pierwsze zdjęcie. Godzina 3.37, jestem już przy schronisku, z każdą chwilą jest jaśniej, widzę już cyfry na wyświetlaczu licznika no i to już koniec jazdy. Rower na plery i do góry. Trochę się śpieszę, bo wydaje mi się, że z czasem jestem na styk, robię kolejne zdjęcia. Szczyt osiągam kilka minut po czwartej, dosiadam rumaka i pędzę na wschodnią ścianę Śnieżnika. Prowadzi tam wąziutka ścieżka wijąca się między kosodrzewiną a pozostałościami okopów z czasów II wojny światowej. To mało znany epizod z pierwszych dni powojennej historii polski i czech, czesi mieli pewne pretensje co do przebiegu granic, poszło o przebieg granicy na szczycie Śnieżnika. Skończyło się na kilku potyczkach, głównie na szczycie. Ścieżka kończy się jednak, a ja pruję więc po trawie, zaliczam OTB... uf - to tylko trawa. O 4.09 rozbijam stanowisko chowając się przed wiatrem za krzakiem kosodrzewiny i robię pierwsze zdjęcie w kierunku zalewy w Otmuchownie, gdzie powinno pojawić się wschodzące słońce. Ubieram się i wskakuję do śpiwora. Słońca jeszcze nie widać, za to niebo mieni się w kolorach. Przede mną prawdziwa uczta dla oczu ! Czekając na moment ukazania się tarczy rozmyślam o wydarzeniach, które miały swój początek gdzieś w tym miejscu. Trzy lata wcześniej, 13 maja byłem tu z trzema kolegami z zamiarem wykonania lotu na paralotniach w kierunku Stronia Śląskiego. Warunki były takie sobie, chłopaki polecieli, z czego jeden wylądował na małej polanie w lesie, drugi zahaczył o drzewo i spadł z kilkunastu metrów na ziemię a trzeci, także po spotkaniu z drzewem złamał kręgosłup. Mi nic się nie stało, głównie dlatego, że nie poleciałem. Ale to inna historia, 4.28 i JEST !!!! Teraz wszystko dzieje się bardzo szybko, robię zdjęcie po zdjęciu i delektuję się widokami. Przed piątą robię ostatnie zdjęcie i idę spać. Budzę się o 6.30, jest mi strasznie zimno a miejsce zupełnie nie przypomina tego sprzed chwili zamknięcia oczu. Śniło mi się, że w trakcie snu jakaś ekipa budowlana zaczęła stawiać nieopodal dom a potem jeszcze zaczęły galopować wokół mnie jakieś konie. Upewniam się, czy aby przypadkiem nie ma tych koni lub też ich pozostałości (czyli gówna). Trzęsę się z zimna, że też nie wziąłem więcej ubrań. Jeszcze tylko seria zdjęć z kupy gruzów, które były kiedyś wieżą widokową, pożarcie kanapek, amortyzator na maksymalny skok, siodło w dół i heja ! Jakoś dojeżdżam do schroniska, gdzie jest już nieco cieplej. Zgrzałem się tym zjazdem, trasa jest przecież dosyć techniczna. Przy schronisku skręcam na południe i poruszam się po zboczu Małego Śnieżnika, po drodze remontowanej ostatnio chyba za za Niemców. Po kilku kilometrach strumyko-droga poprawia się na tyle, że można już sobie pozwolić na puszczenie hamulców i jaaaazdę. Jeszcze tylko ze dwa kilometry szutrów poprzecinanych kilkunastoma belkami odwadniającymi, które trzeba przeskakiwać (przy prędkości ponad 50 km/h) i jestem w Międzygórzu. Jeszcze kilka minut i z powrotem w domciu. Łączny czas zjazdu (licząc od szczytu śnieżnika) to 29 minut czyli patrząc na przewyższenie mam średnią ponad 0,5 m/s w dół. Tutaj na dole pogoda jest znacznie gorsza, jest pochmurno i zimno. Robię sobie herbatę, zgrywam zdjęcia do kompa no i znów do łóżka.

Potem miałem jeszcze niezbyt realny plan obejrzenia wschodu słońca podczas najdłuższej nocy w roku, oczywiście na Śnieżniku, lecz na razie taka dawka wrażeń nie jest mi potrzebna. W tym roku także planuję podobną wyprawę "Noc świętojańska 2005", może jest ktoś chętny ???

 

Międzygórze, kwiecień 2004