Wyprawę tą uważam za najbardziej ekstremalną w jakiej jak dotąd uczestniczyłem, pomimo iż nie zrobiłem jakiejś strasznej liczby kilometrów czy też nie pokonałem jakiś ogromnych przewyższeń ani też nie poruszałem się po jakiś super niezwykłych terenach. Była to moja pierwsza "ekstremalna" wyprawa, która głęboko zaryła mi się w pamięci i nie zapomnę jej do końca życia.

W lipcu podczas wakacji roku 1997 moją okolicę nawiedziła powódź. Miałem wtedy 17 lat i już brykałem co nieco na rowerze. Oczywiście z powodów finansowych jeździłem na tym, co miałem, a dokładnie na tym, co dostałem od wujka, czyli zdezelowaną kolarzówkę na kołach 27 cali, która psuła się co rusz a ja dostawałem w domu opierdol, że ją nie szanuję. Dziś patrzę się na to inaczej, to raczej sprzęt był niskiej klasy a ja zbyt wiele od niego oczekiwałem. Potem dostałem jeszcze małego górala na kołach 26 cali, który był już nieco odporniejszy na eksploatację, lecz i on sprawił mi kłopoty - zerwany łańcuch i uszkodzenie tylnej piasty, którą aby jeździć musiałem samodzielnie wymienić. Oszprychowanie koła szło mi trochę opornie, ale wszystko po złożeniu do kupy jakoś działało. I właśnie wtedy, a było to w okolicy sierpnia 1997 roku odwiedził mnie mój kolega Paweł Bogdał, który miał taką prośbę abym pojechał z nim na rowerze do Nachodu (Czechy, kilka km za Kudową) na bieg, w którym chce wystartować. Pomysł wydawał się fajny, te kilkadziesiąt kilometrów w każdą stronę nie peszyło (wtedy żaden z nas nie zrobił na rowerze więcej niż 40 km w ciągu dnia), zapowiadała się fajna wycieczka, szczególnie, że mieliśmy ją sobie umilić trasą przez Zieleniec. Paweł miał górala, który był jakiś przeklęty, mianowicie jeden z jego braci złamał sobie na nim obojczyk a drugi wykonał kiedyś OTB na asfalcie przy prędkości kilka km/h (widziałem to i sam nie wiem jak do tego doszło).

I nastał ten dzień, sobota. Jedyne co wziąłem ze sobą to paszport. Paweł miał jeszcze parę koron i około 10 rano wyruszyliśmy. Upał był straszny, trasa wiodła z Międzygórza przez Domaszków w kierunku Poręby, pod którą wyjazd poszedł gładko. Dalej jechaliśmy piękną i malowniczą trasą wzdłuż granicznej rzeki Orlicy w kierunku Zieleńca. Nie śpieszyliśmy się za bardzo, natomiast zrobiło się gorąco i zagotowałem się do tego stopnia, że pod Zieleńcem zaczynałem widzieć przez mgłę i chwiać się, co prawdopodobnie było pierwszymi objawami udaru. Wtedy mieliśmy za sobą już około 40 kilometrów ciężkiej jazdy, w słońcu, bez picia i jedzenia (bo jakoś nikt o tym nie pomyślał). Całe szczęście, że zaczął się zjazd do Kudowy i jakoś odżyłem, a potem już tylko chwilka i byliśmy na rynku w Nachodzie, Paweł zarejestrował się u organizatorów i po chwili już był na starcie. Bieg był na dystansie 10 km i Paweł pobił wtedy swój rekord życiowy. Ja tymczasem pilnowałem rowerów i zauważyłem, że moje tylne koło ma luzy na piaście. No cóż, widać niedokładnie ją skręciłem. Po jakimś czasie Paweł pojawił się znowu wraz z kolegą, który jak się okazało nie ma czym wrócić do Bystrzycy Kłodzkiej. Wspaniałomyślnie postanowiliśmy wziąć go ze sobą i martwić się o niego później. W Czechach wypiliśmy 1.5 litra wody mineralnej i ruszyliśmy w podróż powrotną. Kolegę raz ja wiozłem na bagażniku, raz Paweł na ramie. W ten sposób opuściliśmy Kudowę i zobaczyliśmy przed sobą ten straszny podjazd pod Zieleniec. Jednocześnie zapadł zmrok i zrobiło się zimno, a każdy z nas był tylko w krótkich spodenkach i krótkim rękawie. Zaatakowaliśmy ten podjazd, lecz niemal jednocześnie wszyscy padliśmy. Kryzys miałem wtedy straszny. I nagle nasz kolega przypomniał sobie, że ma w plecaku konserwę mięsną. Szybko się do niej dobraliśmy (ciemność nam nie przeszkadzała) i pamiętam jak dziś, słodki i wspaniały smak tego mięska. Na koniec jeszcze wygrzebałem palcem z puszki coś, co w ustach rozpłynęło się cudownym niebiańskim smakiem i dodało mi sił. Nigdy wcześniej ani później nie jadłem czegoś tak pysznego, a był to zwyczajny, zestalony tłuszcz. Widać w tak ekstremalnych warunkach wszystko nabiera zupełnie innego znaczenia. Konserwa dała nam siły na dalszą jazdę i nawet bez pchania udało nam się pokonać tą okropną górę. Pojawił się jeszcze jeden problem, mianowicie była noc, a światła miałem tylko ja. Dodatkowo poruszaliśmy się po drodze tranzytowej, co nie było dla nas zbyt bezpieczne. Do Szczytnej jakoś się stoczyliśmy bez pedałowania, okropnie telepiąc się z zimna. Na drodze do Polanicy nie było żadnego ruchu, był tam zerwany most, który musieliśmy jakoś obejść i prawdę mówiąc to nie wiem zbytnio jak się do tej Polanicy dostaliśmy. Potem był jeszcze bardzo męczący odcinek do Bystrzycy Kłodzkiej, dużo gór i wzniesień, co jakiś czas robiliśmy sobie przerwy i zmienialiśmy sobie bagaż (kolegę). W tej chwili pamiętam, że nasz kolega był tylko i wyłącznie wieziony, gdyż był zbyt zmęczony aby pedałować. W Bystrzycy byliśmy po pierwszej w nocy, kompletnie wykończeni, a przed nami był tylko ostatni, około 13 kilometrowy odcinek trasy. Jednakże, nawet po prostej nie mogliśmy jechać, nawet iść się nie dało, jedyne na co było nas stać to siedzenie przy poboczu drogi. Jakoś, powoli udało nam się dowlec do domu, z tym, że ostatni kilometr musieliśmy obchodzić polami i lasami, gdyż w tym miejscu nie było drogi, ponieważ porwała ją rzeka. W domu byliśmy około godziny trzeciej, pamiętam jeszcze, że nie miałem sił wejść do siebie na drugie piętro. Zaraz dostałem solidny opierdol, że nie powiedziałem gdzie jadę i kiedy wrócę. Po chwili przede mną wylądowała porcja pierogów ruskich, których po prostu nie miałem sił zjeść. Jakoś je zmogłem i zapadłem w kilkunastogodzinny sen a potem jeszcze przez dwa dni nie wychodziłem w domu i przez tydzień nie mogłem patrzeć na rower. Zakwasy miałem takie, że przez kilka dni w dół schodów mogłem schodzić jedynie tyłem.
 

Uczestnicy wyprawy, w środku Paweł Bogdał, po prawej nasz 'balast powrotny'

Trzeba było jakoś ominąć te przeszkody... bez świateł o 3 w nocy


Na pewno żaden opis nie odda tego, co wtedy czuliśmy, w każdym razie często wspominamy tą wyprawę, długości ok. 150 km, na którą rzuciło się dwóch nastolatków, bez doświadczenia, bez jedzenia i picia ani żadnego innego przygotowania, bez map i narzędzi i prawie bez pieniędzy, na zdezelowanych rowerach wioząc prze 50 km kilkudziesięciokilogramowy balast. Po prostu czysta improwizacja i twarda rzeczywistość, która nas nie zmogła.

Kiedyś właśnie potrafiłem w ten sposób jeździć, zapuszczać się bez przygotowania w nieznany teren licząc tylko i wyłącznie na picie wody w strumykach. I dało się przeżyć i byłem bardzo szczęśliwy z każdej tego typu wyprawy. Teraz się chyba zestarzałem, starannie planuję każdą wyprawę i nie pozwalam aby na trasie rządził łud szczęścia. Czy to dobrze, czy to źle ? Nie wiem.