Modelarstwo - moje hobby.



W tamtych czasach zaczynałem od dwóch
 worków klocków. Tyle w zupełności
starczało mi do pełni szczęścia
.

Moje zainteresowanie modelarstwem miało początek w głębokim dzieciństwie. Gdy byłem mały, kupili mi dwa worki klocków, przez co było ze mną trochę spokoju, do czasu gdy zacząłem wstawać przed szóstą i budzić wszystkich klikaniem klocków. Wujek zajmował się trochę modelarstwem kartonowym i jak pamiętam zrobiło to na mnie wielkie wrażenie, szczególnie te na wpół skończone modele z jeszcze widocznym ożebrowaniem konstrukcji wewnętrznej, otworami i innymi tego typu elementami. Tak, pamiętam to wyraźnie, i chyba niewiele się od tego czasu zmieniło - zawsze interesuje mnie bardziej to, co jest wewnątrz, niż otaczająca środek skorupa.
Sam zacząłem sklejać modele w trzeciej klasie podstawówki. Trudno jest mi sobie przypomnieć mój pierwszy model, wiele zacząłem i nie ukończyłem (i zniszczyłem z powodu niezadowolenia z rezultatów), lecz dobrze pamiętam pierwszy, który zbudowałem od początku do końca, i z którego byłem bardzo zadowolony - to był Ju-87 Stuka z „Małego Modelarza”. W kolejnych latach rozkręciłem się w tej dziedzinie i w apogeum formy osiągałem wydajność jednego modelu na tydzień. Próbowałem też sił w czymś mniej trywialnym, mowa tutaj o modelach nieredukcyjnych, niestety warunki bytowe (wieś zabita dechami), wsparcie i finanse (brak jednego i drugiego) determinowały warunki, w których mogłem liczyć tylko na siebie i cieszyć się z tego, co zrobię własnymi rękoma z materiałów, które gdzieś znajdę. Tak, były to czasy, gdy każdy złom rozbierało się na części, segregowało i gromadziło, bo „zawsze coś się kiedyś może przydać”. W takich to warunkach udało mi się zbudować kilka łodzi z napędem elektrycznym oraz jedną łódź podwodną (którą ostatecznie utopiłem); próbowałem też dorobić do nich najprostszy system do przewodowego zdalnego sterowania, lecz nic z tego nie wyszło z powodu braków materiałowych, wiedzy i doświadczenia. Zbudowałem kilka modeli szybowców z zestawów typu „tartak”, najbardziej chyba pamiętam pierwszy z nich - model klasy F1/2A "Stratus", potem były „Jaskółki” i podobne do nich modele. Ale, nie ma co ukrywać, modele te za bardzo nie chciały latać, brakowało mi zarówno doświadczenia w ich oblataniu, jak i umiejętności w ich prawidłowym wykonaniu.
 


Siódma klasa, porzucam modelarstwo
(patrz półki na drugim planie) i biorę
się za komputery.
.

W szóstej klasie podstawówki zmieniłem kierunek zainteresowań na komputery, do naszej szkoły trafiły zestawy ZX Spectrum z monitorami Neptun (to te, których było pełno w "Seksmisji") i trochę literatury na ten temat. W krótkim czasie niezwykle wciągnąłem się w programowanie i utonąłem w tym po szyję (z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że opłacało się). Modelarstwem zajmowałem się coraz mniej i w ósmej klasie podstawówki postanowiłem definitywnie zakończyć karierę modelarza kartonowego. Gwoździem do trumny była tutaj wystawa w Kłodzku, na którą przygotowałem kartonowy model samolotu P-51 Mustang, który nawet nie został na nią zakwalifikowany. A model ten prezentował szczyt kunsztu mojej techniki modelarskiej! Niestety - był mały, kolorystycznie nieciekawy i ogólnie mało efektowny. To pewnie zadecydowało o nie umieszczeniu go na wystawie.
Minęło wiele lat, nim powtórnie przyjaznym okiem spojrzałem na modelarstwo, w międzyczasie był też ogromny wysiłek poświęcony lataniu na paralotniach (niestety siłą woli nie da się latać, pięć lat zajęło mi nim to pojąłem). Mniej więcej półtorej roku temu, po kilku miesiącach od rozpoczęcia pracy zawodowej, powróciłem do zainteresowań z dzieciństwa. Postanowiłem zbudować zdalnie sterowany model szybowca i tym sposobem spełnić dawne marzenia o „ożywieniu” bezkształtnej bryły drewna, drutu i papieru. Bardzo szybko budowę modelu wybiłem sobie z głowy, czasowo i finansowo jest to bardziej kosztowne niż kupno takowego w stanie surowym i dokończenie go, zresztą skończyły się już czasy, gdy nie dysponowałem żadnymi finansami ani dostępem do nowoczesnych materiałów. Któregoś dnia wylicytowałem na allegro model motoszybowca, w części wykończony, wraz z serwami lecz bez napędu. Nazywał się Fantasy i pochodził ze stajni ArtHobby. Jego właściciel udzielił mi bardzo szczegółowych rad odnośnie wykończenia i oblatania. Bardzo mu jestem za to wdzięczny, gdyż sam prawdopodobnie bym sobie nie poradził. Dostałem też przykazanie, aby model szanować, gdyż był to jego pierwszy model i ma do niego wielki sentyment.


Z Fantazją w pełnym rynsztunku bojowym..

Fantasy, czyli po naszemu Fantazja, musiała troszkę poczekać na ulotnienie. Jako dość filigranowy szybowiec, posiada przewagę własności lotnych nad tolerancją błędów pilota, dlatego - aby poczuć się pewniej - wpierw wylatałem kilkanaście godzin na symulatorze lotu. No i wreszcie nadszedł  t e n  dzień! Z Fantazją zapakowaną do plecaka pojechałem rowerem na niewielkie zbocze w Wilkanowie, a jako obserwatora procesu oblatywania zaprosiłem Tadeusza - wiernego kumpla w pasji latania. Złożenie modelu, kontrola poprawności działania powierzchni sterowych, głębszy wdech i… siup w powietrze. Pierwszy lot zakończył się szczęśliwie po kilkunastu sekundach. Kolejne tygodnie upływały na pogłębianiu moich umiejętności pilotażu, a pogodna jesień roku 2006 mi w tym bardzo pomagała. Objeździłem, obszedłem i oblatałem z Fantazją mnóstwo miejsc w mojej okolicy, wiele z nich znanych mi już z działalności paralotniowej, wiele podejrzewanych o dobre warunki do lotów, wiele odkrytych przypadkowo. W międzyczasie Fantazja dostała napęd, nowy ogonek i serwomechanizmy, potem zaczęła wozić na pokładzie aparat, a z czasem i wariometr.


Właściwe wykorzystanie sił
przyrody pozwala na wielogodzinne
loty na dużych wysokościach.
.

Uczyłem się pilotażu modelu, poznawałem zasady działania atmosfery i odkrywałem tajemnice oraz prawa rządzące prądami powietrznymi. Niebywale mnie to fascynuje. Przyroda jest nieobliczalna, my - ludzie - jesteśmy tylko nic nie znaczącym pyłem i w walce z nią stoimy na przegranej pozycji. Jedyna droga do sukcesu polega na rozumieniu jej, wykorzystywaniu jej żywiołów i świadomym unikaniu wszelkich sytuacji w jakikolwiek sposób grożących niebezpieczeństwem, bo kontrolować sił przyrody nie potrafimy i nie będziemy potrafili. Dlatego lotnictwo, to małe i to duże, jest tak bardzo wymagające i nie wybacza błędów, ale nie jest niebezpieczne, o ile się wie, co się robi.


Czy to jest dziecięca zabawa
czy też ciężki kawał chleba ?
.

Jaki to wszystko ma sens, czy zabawa dużego faceta drewnianym samolocikiem nie jest objawem zdziecinnienia i utraty zdrowego rozsądku? To zależy od podejścia. Patrząc z boku, modelarstwo może wydawać się banalne i pozbawione głębszego sensu, lecz nie należy wyciągać pochopnych wniosków, trzeba dokładnie spojrzeć na całość zagadnienia, szczególnie na indywidualne podejście do tego hobby. Mnie osobiście fascynuje atmosfera, to, że jej stan każdego dnia jest inny. Czasami wydaje mi się, że już rozumiem, jak to wszystko działa, ale za chwilę wszystko się zmienia i znowu stoję cały głupi, wpatrując się w niebo i zastanawiając się, jak to wszystko działa. Za każdym razem, gdy rozpoczynam lot modelem, jestem świadom, że warunki jakie zastanę w powietrzu będą unikalne, że dziś znów będę musiał się uczyć na nowo, głowić się, o co chodzi, gdzie i jak nosi, wyobrażać sobie całość tego złożonego procesu, jakim jest przepływ powietrza, którego wznoszące się odłamy wykorzystuję do utrzymania Fantazji ponad powierzchnią Ziemi. Jednocześnie trzeba poświęcać uwagę pilotażowi modelu, obserwować otoczenie, przewidywać przyszłe sytuacje, a czasami poruszać się, ba - nawet biec, podążając za lecącym modelem. To wszystko sprawia, że utrzymanie modelu w powietrzu jest wielkim wysiłkiem umysłowym, a czasami i fizycznym. Moje najdłuższe loty trwały dwie godziny. By uzmysłowić sobie, jak to jest męczące, wystarczy wspomnieć, że przez ten cały czas trzeba mieć wzrok skupiony na lecącym modelu, a to nie jest nawet połowa wysiłku. Oczywiście, zdarzają się takie dni i takie warunki, że nosi wszędzie, ale ten typ latania mnie nie bawi. Moje modele zabierają na pokład aparat cyfrowy, dzięki czemu mam możliwość wykonywania ciekawych fotografii z powietrza. Dla mnie te zdjęcia są dodatkiem, pamiątką z lotów, gdyż to właśnie pilotowanie modelu dostarcza mi najwięcej wrażeń, choć nie ukrywam, że zdarza mi się podlecieć tu i tam w celu lepszego ujęcia. Nie da się ukryć, że jest to wymagające hobby. Pochłania dużo czasu, miejsca w domu, generuje dużo odpadków, śmieci i nieprzyjemnych zapachów przy jego uprawianiu, lecz bez wątpienia jest warte poświęcanej mu energii, rozwija, uczy cierpliwości i rozwagi, szczerze mogę wszystkim polecić taki właśnie sposób spędzania wolnego czasu.