Na wiosnę roku 2006 postanowiłem reaktywować moje modelarskie zainteresowania. Mając już pewne doświadczenia lotnicze posiadałem już dość konkretną wizję mojego przyszłego modelu, chciałem mieć szybowiec, oczywiście z pomocniczym napędem elektrycznym, służącym do wyciągania go w obszar noszeń albo do ratowania z trudnych sytuacji jakie mogą się zdarzyć podczas lotu. Modelem zamierzałem latać tu gdzie mieszkam, czyli w górach. Z czasów latania na paralotniach miałem już obczajone zbocza i dobrze wiedziałem gdzie i kiedy będzie nosić. Zapragnąłem też, aby mój model był duży (oczywiście rozsądnie duży), gdyż po prostu będzie lepiej widoczny, może dlatego też, że znajomy modelarz Czesiu ze Stronia Śląskiego lata dużymi modelami, co niesłychanie cieszy oko i wygląda bardzo realistycznie. Model najpierw chciałem zbudować sam, lecz uświadomiwszy sobie skalę problemu porzuciłem ten pomysł. Przeglądając oferty modeli motoszybowców zwróciłem uwagę na wyroby firmy ArtHobby, modele tej firmy cieszą się uznaniem nabywców, mają dobre osiągi i niezwykle miłą dla oka linię, niestety wymagają sporo pracy do ulotnienia no i kosztują swoje.

Chwilę przed oblotem,
w towarzystwie 'szmatolota'

Jeszcze tylko krótki lot
przed oblotem fantazji

Fantazja z nowym ogonem,
ale jeszcze jako szybowiec

Przed oblotem jako
elektroszybowiec

Pewnego razu, przeglądając allegro znalazłem bardzo ciekawą ofertę modelu Fantasy o rozpiętości 1.80 metra, oczywiście ze stajni ArtHobby. Model miał już swoje lata, dokładnie rzecz biorąc 10, ale wyglądał dobrze, jego właściciel dbał o niego a dodatkowym atutem była cena - 300 zł za model z 4 serwami na trybach metalowych. Wystarczy powiedzieć, że obecnie nowy model tego typu kosztuje około 500 złotych a każde z serw około 80. Zalicytowałem, wygrałem aukcję, dogadałem się z właścicielem i po 3 tygodniach model wylądował u mnie w domu. Zanim fantazję zobaczyłem na oczy kupiłem aparaturę, tutaj wybór był ciężki, zależało mi na dużej liczbie funkcji, zdecydowałem się na Sanwe RD8000 (konkurentem był Hitec Eclipse), obecnie po pół roku używania Sanwy mogę powiedzieć, że nie spełnia pokładanych w niej oczekiwań, choć na pocieszenie mogę rzec, że dzisiaj prawdopodobnie żadna inna aparatura w tej cenie nie jest dać z siebie znacząco więcej. Wraz z aparaturą kupiłem interfejs USB do komputera i natychmiast rozpocząłem treningi na symulatorze. Zaczynałem od FMS, lecz  najbardziej do gustu przypadł mi AFPD. Przez 2 tygodnie wylatałem około 20 godzin, głównie na szybowcach, skupiając się na startach i lądowaniach. Aby ostatecznie zweryfikować moje umiejętności pilotażowe pojechałem z symulatorem do Czesia do Stronia Śląskiego aby ten: po pierwsze przyjrzał się mojemu lataniu a po drugie zweryfikował realistyczność symulacji. Czesiu bardzo pozytywnie wyraził się o jednym i drugim, ten człowiek zajmuje się modelarstwem od przeszło 20 lat, więc ma chyba coś do powiedzenia. Tak przykleił się do symulatora, że oblatał wszystkie dostępne w nim modele i scenerie...

Pan Czesiu przy swojej Mewie
Niestety w czasie akrobacji
pękł dźwigar i model się rozbił

Trenerek Pana Czesia w
trakcie budowy.
Duże jest piękne!

Dni Bystrzycy Kłodzkiej
Latanie w przerwie między
wywożeniem antkiem skoczków

Największy model Czesia, 6
metrów rozpiętości,  z braku
odpowiedniego silnika nigdy
nie wzniósł się w powietrze

Nadszedł więc czas, gdy przyszło oblatać model. Fantazja w miejscu napędu dostała prawie 300 gram balastu i gotowa do lotu ważyła nieco ponad kilogram. Od poprzedniego właściciela dostałem bardzo szczegółowe instrukcje dotyczące wyważenia, wyregulowania a także zachowania się modelu, bardzo mi to pomogło w pierwszych lotach. Szkoda, że producent modelu wraz z jego dokumentacją nie dostarcza tych kilku podstawowych, lecz jakże cennych informacji. Oblot nastąpił 27 sierpnia na kilkunastometrowym zboczu w Wilkanowie. Towarzyszył mi w tym mój kolega Tadeusz, a żeby wytworzyć odpowiedni nastrój zabraliśmy na stok paralotnię w celu odprężenia się. Pierwszy lot nie był dla mnie żadnym zaskoczeniem, wszystko poszło sprawnie, tak jakby był to lot na symulatorze. Wykonałem trzy kilkunastosekundowe loty, zwinąłem się i pojechałem na inne, bardziej pasujące na ten kierunek wiatru zbocze. Nadmienię tutaj, że jestem zadeklarowanym zwolennikiem rowerów, fantazję ładnie składam do plecaka, usterzenie owijam pokrowcem (po co ktoś ma wiedzieć co ja ze sobą targam) i w ten sposób podróżuję z nią na rowerze. Na drugim zboczu byłem po kilkunastu minutach, warunki były dość dobre i już w pierwszym locie udało mi się powisieć kilka minut nad zboczem. Po przerwie wykonałem drugi lot, w którym wytrzymałem pół godziny, niestety z emocji i ze zmęczenia kompletnie skopałem manewr lądowania, który zakończył się jakieś 300 metrów ode mnie. Zebrałem się do domu długo jeszcze przeżywając ten emocjonujący dzień.

Kolejny miesiąc upłynął na doskonaleniu umiejętności latania, jednocześnie zacząłem odczuwać brak napędu, po pierwsze ze względu na niemożność latania na kilku zboczach, które nie posiadały odpowiednio wyeksponowanych miejsc do startu a po drugie martwiła mnie ewentualna niemożność powtórzenia manewru lądowania w razie jakiegoś niepowodzenia, chociaż to akurat nie jest wadą, bo lądować trzeba umieć za pierwszym razem. Dogadałem się z poprzednim właścicielem i odkupiłem od niego kompletny napęd wraz z akumulatorem. Po zamontowaniu go okazało się, że środek ciężkości jest za bardzo z tyłu, zrobiłem więc nowe, lżejsze usterzenie w układzie V. 8 października 2006 roku dokonałem oblotu fantazji z napędem, pierwszy lot odbył się bez żadnych nieprzewidzianych trudności a w drugim wyjechałem nad zbocze, nawiązałem kontakt z noszeniami żaglowymi a następnie powoziłem się na termice, która o tej porze roku była wyjątkowo aktywna (raz u podstawy zbocza przeszło coś na kształt mini trąby powietrznej). Jesień była bardzo łaskawa w słońce, każdy weekend spędzałem włócząc się z Fantazją w plecaku, oblatywałem nowe zbocza, odwiedziłem mojego kolegę Czesia. Wymyśliłem nowe hobby - rowerową turystykę modelarską. Wdrapałem się (wjechałem na rowerze) nawet z Fantazją na najwyższy szczyt w moich górach (dwukrotnie)- Śnieżnik, pierwszy z tych lotów był bardziej emocjonujący, nie miałem wtedy napędu, wiatr miał sporą odchyłkę a szczyt góry przeżywał wielkie oblężenie turystów. Wystartowałem z terytorium czech daleko zapuszczając się na przedpole w celu poszukiwania noszeń - w końcu solidnie szarpnęło i model znalazł się wysoko nad horyzontem, niestety równie szybko opadł, gdyż ewidentnie latałem w towarzystwie rotorów. Wylądowałem tuż przy trasie turystycznej, młody chłopiec triumfalnie chwycił model i uniósł go do góry, niestety po tym jak radośnie zamachałem lotkami wpadł w panikę i w płacz. Rodzice uratowali dziecko, broniąc go przed pożarciem przez mój, z całą pewnością krwiożerczy model.

Fantazja na pełnym gazie

Podejście do lądowania

Piękna linia modelu

Fantazja en face

Miesiąc później na pokładzie fantazji pojawił się nowy gadżet, aparat fotograficzny, ale o tym jest odrębny artykuł. W tym momencie mogę co nieco powiedzieć o właściwościach lotnych mojego modelu. Uświadomiłem sobie, że jego zachowanie nie jest poprawne, tzn. nie zalicza poprawnie testu nurkowania, w zakrętach traci dużo wysokości i nadmiernie się w nich rozpędza. O dziwo (w przeciwieństwie do tego, co mówi wielu innych modelarzy) niedoskonałości lotu modelu są bardziej widoczne podczas latania w warunkach bezwietrznych niż podczas latania na zboczu, może dlatego, że na zboczu model jest zazwyczaj dalej i wyżej a zakręty są stosunkowo płytkie. Zacząłem eksperymentować z położeniem środka ciężkości, kątem zaklinowania statecznika oraz z różnicowością sterowania lotkami. Wiele udało mi się poprawić, lecz w dalszym ciągu byłem niezadowolony. Aby ostatecznie położyć kres wszelkim podejrzeniom powtórnie zmieniłem usterzenie z wykonanego przeze mnie V na oryginalne klasyczne (niestety trzeba było dodać 60 gram balastu na dziób). Zmiana nie pociągnęła za sobą poprawy zachowania się w locie, przynajmniej na tyle abym mógł to wyraźnie zauważyć, polatam jeszcze trochę i powtórnie zmienię usterzenie na V.

Obecnie mija piąty miesiąc mojego wspólnego latania z fantazją. Jestem bardzo zadowolony z tego modelu, w zasadzie jedyne do czego można się przyczepić to mała prędkość postępowa (jak solidnie wieje to jakoś da się latać, ale jest się to dość monotonne). Kolejną irytującą mnie rzeczą jest 'siadanie' akumulatorów przy niskiej temperaturze - trzeba szybko startować o potem pamiętać o tym, że silnik będzie kręcił ledwo-ledwo. Planuję kolejny model, będzie to także motoszybowiec - większy i szybszy.