Latanie reaktywacja.


Gdybym miał wymienić najsilniejszą cechę mojego charakteru, byłaby nią cierpliwość. W połączeniu z konsekwencją, w perspektywie czasu pozwala zdziałać cuda. Zaczynając od mojej pierwszej pracy i pierwszej wypłaty, odkładałem każdego miesiąca jakieś pieniądze z przeznaczeniem na latanie. Nie wiedziałem kiedy będę latał, ale byłem pewny, że jest to tylko kwestią czasu. A nawet wiedziałem na czym będę latał, gdyż od zawsze moje myśli dryfowały w kierunku latania na lotni a dokładniej na lotni z napędem. Wyobrażałem sobie, że napęd będzie alternatywną metodą dla starów ze zbocza (jak dobrze wiemy, zboczy nadających się do startu jest w naszych górach jak na lekarstwo), pozwoli też „poratować” się w powietrzu w razie niesprzyjających warunków itd. Napęd miał służyć tylko temu, zaś celem samym w sobie miało być latanie z wyłączonym silnikiem, korzystając z prądów wznoszących wytwarzanych przez siły przyrody. Nie wiedziałem czy da się latać w taki sposób, nikt raczej nie latał na lotni z napędem w taki sposób, ale byłem dobrej myśli, skoro w pewien sposób analogiczne latanie modelem motoszybowca tak świetnie mi wychodziło. Teraz, z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że moja wizja była realna, lecz nie dostrzegałem ogromu trudności, które napotkałem na drodze do jej realizacji. Abstrahując od detali, wszystko okazało się dużo, dużo trudniejsze niż sobie to wyobrażałem. Tak to jest niestety, wraz ze wzrostem skali rośnie skala trudności, tak więc latanie kilogramowym zdalnie sterowanym modelem motoszybowca jest czym innym niż lotnią z napędem o masie startowej (wraz ze mną) 170 kilogramów. Ale przeszkody nie są po to, aby się na nich wykładać i to bez walki, los nam rzuca kłody pod nogi abyśmy się mogli utwierdzić jak bardzo pragniemy naszych marzeń.

 

*  *  *

 

W sierpniu 2009 roku pojechałem na szkolenie lotniowe do Mieroszowa oddalonego o około 80 kilometrów od Międzygórza. Na moje nieszczęście trafiła mi się awaria samochodu, więc zapakowałem się w sakwy, zabrałem namiot i pojechałem tam rowerem. Pierwszy dzień minął na szkoleniu teoretycznym. Było ono dla mnie swoistym kubłem zimnej wody na głowę. Do tego czasu byłem święcie przekonany, że latanie na lotni jest łatwe, na tyle łatwe że w zasadzie mógłbym od ręki polecieć, gdybym tylko miał taką możliwość. Całe szczęście bardzo szybko uświadomiłem sobie istnienia mnóstwa niuansów, których znajomość warunkowała udany start, lot i lądowanie a nie spektakularną kraksę z połamaniem. Tak to już jest, że na filmach z youtube wszystko wydaje się proste i łatwe. Rzeczywistość jest dużo bardziej ... bolesna. Poznałem też chłopaków latających już co nieco na lotniach, traktowałem ich niczym bogów, mimo że mieli na koncie ledwie kilka minut lotu. W porównaniu z moimi zeroma lotami te kilka minut było przecież nieskończonością.

Kolejne dni były wypełnione praktyczną nauką latania na lotni a raczej nad próbami, gdyż trudno było osiągnąć chociażby sekundową fazę lotu. Dostało mi się za moją zbytnią pewność siebie, miałem wszak sporo doświadczeń w lotach na paralotni, dużo wylatane modelami szybowców, dobrze ugruntowaną wiedzę teoretyczną z zakresu aerodynamiki, siłę w nogach wyrobioną na rowerze no i oczywiście obcykane z Internetu wszystko w temacie lotni. Tymczasem Julia, dziewczyna która zaczynała razem z nami już coś tam latała a ja ciągle nie panowałem nad lotnią i waliłem w glebę w akompaniamencie łopotu poszycia. W takich przypadkach (przynajmniej dla mnie) pomogło przysłowiowe „przespanie się z problemem”. Następnego dnia, koncentrując się do maksimum byłem w stanie wystartować i utrzymać prosty kierunek lotu, ale lądowanie było wciąż poza moimi możliwościami psychofizycznymi. Na tym etapie zakończył się pierwszy etap szkolenia i ku przerażeniu wszystkich, wieczorem spakowałem się, wsiadłem na rower i wyruszyłem w powrotną podróż do domu. Po raz pierwszy i jak na razie ostatni zdarzyło mi się przysnąć kilkukrotnie w czasie jazdy i to w czasie pedałowania przy jeździe pod górę.

 

Moja ekipa na kursie. Dwójka po prawej i ja po drugiej stronie obiektywu lata do dziś dzień i to bardzo dobrze. O dwójce po lewej słuch zaginął.

Pełne skupienie, ogień w nogach ..

.. i lecę.

Filmy z przebiegu szkolenia I etapu: część pierwsza, część druga.

 

*  *  *

 

Następne loty wykonałem blisko miesiąc później. Andrzej na wstępie powiedział mi „ten dzień będzie przełomem”. Nie bardzo wtedy to rozumiałem, lecz tak właśnie było. Czasami zdarza się, że podążając w jakimś kierunku dostajemy turbo-przyśpieszenia. Tego dnia a był to koniec września 2009 roku na dobre oswoiłem się z lotnią. Poznaliśmy się wzajemnie, poczułem ją a ona mnie słuchała. Daleko było jeszcze do latania pełną gębą, ale był to przełom, tak jak Andrzej obiecywał. Zrobiłem dziesięć lotów w krótkim czasie, poszło szybko dzięki pomocy „ruraka”.

 

Odpoczynek przed startem.

Chwila przed startem, pełne skupienie ..

.. i zapier... tzn bardzo szybko biegniemy

Mimika twarzy wyraża mocne skupienie

To już nie są żarty, to jest latanie.

 

*  *  *

 

Pewnego razu szukałem na Allegro kominiarki pod kask (żeby pot zostawał w kominiarce a nie w kasku) i trafiłem na napęd lotniowy w rewelacyjnej cenie. Byłem wtedy zbyt mało doświadczony na napęd ale kupiłem go za zaoszczędzone pieniądze. Była to dobra decyzja, mimo że pierwszy lot z napędem zrobiłem dopiero rok po jego kupnie.

 

 

*  *  *

 

Niedługo potem udało mi się przy pomocy Andrzeja i Piotrka kupić bardzo dobrą lotnię Seedwings Funky 17. Zestaw ten do dziś uważam za idealny dla początkującego pilota do nauki latania swobodnie jak i z napędem. Zaś ten niebywały wprost zbieg okoliczności dzięki któremu stałem się jego właścicielem mogę chyba porównać do trafienia szóstki w totka, do dziś nie mogę wyjść z podziwu że to wszystko się zdarzyło. Przypomina mi się dialog z filmu „Matrix reaktywacja”:

Klucznik: „Jest taki budynek, na jedno z pięter nie dojeżdża winda ani nie dochodzą schody .. jest tam mnóstwo drzwi .. ale jedne drzwi są inne .. prowadzą do źródła .. tylko wybraniec je otworzy”.

Czułem się jak wybraniec Neo otwierający te jedyne na świecie wrota prowadzące do lotniarstwa.

Na Funky latało mi się beztrosko, czy to swobodnie czy z napędem. Nie miała ona jakiś powalających osiągów, ale pewnie trzymała się powietrza, nie robiła głupich numerów a sterowała się lekko i przewidywalnie. Charakteryzowała się niską prędkością minimalną, więc start i lądowanie w każdych warunkach nie sprawiały problemów, wyjąwszy pierwsze lądowanie z napędem kiedy to przeszorowałem brzuchem po trawie.

 

Kupiłem lotnię!

Przymiarki.

Pierwsze loty w Mieroszowie.

Pierwsze bardziej odważne loty.

Dalsze doskonalenie.

Filmik z pierwszych lotów na Funky

Filmik z drugiego lotu holowanego

 

*  *  *


 

Kiedyś wczesną wiosną pojechałem do Starej Łomnicy aby polatać na Trójkącie w Górach Bystrzyckich. Miałem z tym miejscem „pewne porachunki” z czasów latania na glajcie. Jeszcze w zeszłym tysiącleciu sporo latałem tam z Tadeuszem, który to jednym słowem kochał to miejsce. Tutaj odbyłem swoje pierwsze wysokie loty, także pierwsze prawdziwie długie, bo godzinne loty, zaznałem tutaj wiele emocji, tych pozytywnych a także negatywnych: lądowanie na drzewie i późniejsza akcja ratunkowa, loty na czole chmury burzowej czy też lot z niedopiętą, cudem tylko trzymającą się taśmą paralotni – na myśl o tym ostatnim ciągle gdzieś mnie ściska. Zdarzało mi się nawet jechać tam rowerem (20 km w jedną stronę). Innym razem wystartowałem z około 15 kg kamieni w celu dociążenia, lecz gdy po czasie okazało się, że przebijanie się pod wiatr nie jest problemem a przydało by się zmniejszyć opadanie to pozbyłem się tego balastu bombardując kamieniami las z wysokości około 200 metrów. No i ostatecznie to w tym miejscu podjąłem decyzję o rzuceniu latania na paralotniach.

 

Przyjechałem więc tu, gdzie ostatni raz latałem blisko dziewięć lat temu. Wtedy unosiłem się tam głównie siłą woli, tym razem stawiłem się uzbrojony w bezkompromisowy sprzęt a głowę miałem nabitą wiedzą, rozsądkiem i doświadczeniem a nie tylko marzeniami. Dzięki rodzicom pewnego lotniarza spod Huty znalazłem odpowiednią łąkę do startu i lądowania, wręcz wzorcową. To miejsce jest u podnóża góry a nie na jego szczycie, za dużo zachodu byłoby z wyjeżdżaniem samochodem na górę.

 

 

Wystartowałem w samo południe. Niemalże od razu poczułem, że powietrze mocno się rusza w pionie i od razu założyłem krążenie. Zostawiłem silnik na wolnych obrotach i pilnowałem tego komina. Wszystko działo się bardzo szybko, pięć minut po starcie miałem już ponad 1000 metrów przewyższenia i dopiero wtedy zdołałem zapiąć kokon. Nosiło wspaniale a ja oglądałem Hutę z wysokości większej niż kiedykolwiek dotąd. Latałem godzinę z kawałkiem, było to wspaniałe, mimo że obydwie ręce bolały mnie przez dobry tydzień, z wrażeń tak mocno ściskałem sterownicę w czasie lotu. Udało się, w tym jednym locie odbiłem sobie kilka lat dupo-zlotów w tym właśnie miejscu. Wrażeń jednak było za dużo jak na moje wciąż raczkujące obycie z powietrzem.


Filmik z tego lotu.

 

*  *  *

 

Co jest największym wrogiem latania? Rzadkie, okazjonalne latanie. Całe szczęście latałem dużo i paradoksalnie to właśnie sprawiało, że robiłem to bezpiecznie. Pewne powiedzenie mówi: „Na początku zaczynasz latać z pustym workiem doświadczenia ale pełnym workiem szczęścia. Nigdy nie pozwól, aby naraz obydwa worki stały się puste”. Latałem z napędem w okolicach Międzygórza i Huty, często jeździłem  do Mieroszowa gdzie latałem swobodnie, nauczyłem się startować z rampy, wyszkoliłem się tam w lotach holowanych, rzeźbiłem na zboczu w lotach żaglowych i kręciłem kominy termiczne. Pogoda mi dopisywała, było dużo południowych i zachodnich wiatrów. Latając pod domem z napędem nigdy nie startowałem w sam środek termicznego dnia ale też nie latałem wieczorami w zupełnej flaucie. Często zabierałem ze sobą mój zdalnie sterowany model RC „Fantasy” i latałem nim „na zająca” aby poznać warunki i poczekać trochę aż zrobią się znośne. W 2011 czyli pierwszym prawdziwie lotnym roku wylatałem na różne sposoby około 30 godzin. Patrząc się wstecz, było to najlepsze co mi się mogło przydarzyć, jeśli ktoś zastanawia się jak zacząć to polecam w pierwszym roku rzucić się na latanie wszystkimi swoimi siłami, zrobić co najmniej 20-30 godzin nalotu aby jak najszybciej pokonać etap bycia „żółtodziobem”. Niech zasadą będzie albo 100% zaangażowania, nauka latania na 50% to strata czasu, znikome postępy i liczne frustracje.

 

Start "z buta"

Start |"z buta" inne ujęcie.

Rurak, czyli zbawienie młodych lotniarzy

Jeden z pierwszych lotów z napędem w Mieroszowie.

Wraz z Tomkiem "Kamikadze Boski Wiatr".

Mega Mieroszowski warun, dla mnie mega zmęczenie.

Pierwszy lot holowany, uda się czy nie ?

A jednak znów się udało.

Start z rampy lotniowej.

Z napędem gdzieś nad Wilkanowem.

Swobodnie rzeźbiąc na niskim Mieroszowskim żaglu.

Lot holowany w Mieroszowie.


 

*  *  *

 

Któregoś dnia w Mieroszowie, jakoś wyjątkowo szybko udało nam się dotrzeć na start z dwoma sztywniakami i moją Funky, wyciągarka też już hulała. Trochę wiało, pierwszy poleciał Jarek na Atosie i od jakiegoś czasu wesoło machał nam z góry. Drugi w kolejce byłem ja, tuż przed startem Andrzej jeszcze spytał się mnie, czy na pewno chcę lecieć, bo w górze będzie ostro. Przytaknąłem, przecież niejedną godzinę spędziłem już w powietrzu i rzuciłem hasło, że krócej niż godzinę latać nie będę. Hol był wysoki na ponad 300 metrów, po wyczepieniu się zrozumiałem dlaczego. Rozwiało się okrutnie, do tego doszła termika. Zaraz po mnie wystartował Andrzej na Exxtacy, szedł w górę jak rakieta. Było nas trzech w powietrzu ale jako żółtodziób latałem najniżej i nie zdawałem sobie sprawy z latających nade mną dwóch lotni. Przypominał mi się mój pierwszy lot na Hucie, tylko tym razem były mocne i długotrwałe kopniaki w górę a potem dla równowagi, „spadania” w dół. Nieźle dawało to w kość. Zadeklarowałem godzinę lotu i lądować wcześniej nie miałem zamiaru. Zerkałem na zegarek i na GPS, który pokazywał moją prędkość względem ziemi, która ustawicznie malała. Początkowo oscylowała wokół 20 km/h a po pół godzinie było tylko 10 km/h. Gdy przychodziły podmuchy to ściągałem mocniej sterownicę aby zwiększyć prędkość, jednocześnie rosła przy tym moja prędkość na GPS. W pewnym momencie zauważyłem, że reguła ta uległa odwróceniu i ściąganie sterownicy powoduje spadek prędkości a jej oddawanie wzrost. Ewidentnie musiałem być niedotleniony, gdyż dłuższą chwilę zajęło mi zrozumienie, że prędkość wiatru jest większa niż moja prędkość i zwyczajniej w świecie „lecę już na wstecznym”, co nie było takie oczywiste do zaobserwowania z wysokości ponad 300 metrów. Momentalnie się otrząsnąłem, blisko dziesięć lat temu tu w Mieroszowie latając na glajcie znalazłem się w analogicznej sytuacji i mocno dałem ciała, uratowało mnie wtedy mnóstwo szczęścia. Ściągnąłem mocniej sterownicę aby przebijać się do przodu i w ten sposób zszedłem na wysokość około 50 metrów, gdzie wiatr był dużo słabszy. Polatałem jeszcze kilka minut i wylądowałem gdy tylko nadszedł chwilowy moment spokoju. Poskładałem lotnię, za jakiś czas wylądował Andrzej i powiedział: „Zaliczam Ci ten lot jako egzaminacyjny”. Zaś glajciarze, w większości „aborygeni” widząc co się dzieje ze mną w powietrzu zebrali się i poszli do knajpy. Było ostro ale cały czas pod kontrolą a przede wszystkim w granicach moich możliwości a więc bezpiecznie i przyjemnie. Dziewiczy lot na Hucie na ostrej termice udało mi się przeżyć, ale mocno nadszarpnął on moją psychikę. Stąd rada dla początkujących, stopniować sobie poziom trudności bo można się przestraszyć i zrezygnować a w skrajnych przypadkach rozwalić się. Analogicznie rada dla „nielotów”, nie dać się namówić na lot tandemowy w trudnych, termicznych warunkach. Filmik z tego lotu.

 


*  *  *

 

W sierpniu 2011 roku, po prawie dwóch latach latania na Funky przemyślałem kilka spraw i zacząłem myśleć o zmianie lotni. Na Funky latało mi się świetnie i mogłem robić z nią dosłownie wszystko, lecz osiągami to ona nie grzeszyła. W szczególności ściąganie sterownicy, co w teorii powinno zwiększać prędkość lotu, w praktyce zwiększało głównie prędkość opadania. Dzięki kolejnemu niesamowitemu zbiegowi okoliczności udało mi się wymienić za niewielką dopłatą Funky na dwupokryciową Space i to wręcz bez wychodzenia z domu. Space to siostra (brat?) Funky, bazująca na tym samym szkielecie, posiadająca dolne pokrycie i dodany system zmiennej geometrii VG. Lotnię odebrałem w Mieroszowie, gdzie wraz z Wojtkiem który wymienił Space na Crossover uroczyście ochrzciliśmy nasze nowe lotnie symboliczną lampką szampana (z racji braku lampek i szampana użyliśmy czeskiego piwa i plastikowych kubeczków).

 

Cieszymy się naszymi nowymi nabytkami.

Pierwsze przebieżki z lotnią, czuć jak niesie!

Symboliczna lampka szampana czyli czeskie piwo z plastikowego kubeczka.

Typowe gestykulacje pojawiające się w rozmowach lotniarzy.

Piotrek „Piotrolot”, który niejedną lotnię miał, powiedział kiedyś: „z żadnej lotni nie będziesz do końca zadowolony”. Och jak bardzo miałem się już wkrótce przekonać o tym na własnej skórze.

Na oblot Space wybrałem się na pewniaka dzień po jej kupnie, w samo południe pięknego, słonecznego i termicznego dnia końca sierpnia. Wystartowałem jakbym robił to setny a nie pierwszy raz, ale po kilku pierwszych minutach zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Po pierwsze: termika pracowała dużo mocniej niż przy innych tego typu lotach a po drugie lotnia sterowała się jakoś dziwnie ociężale. Niemalże od razu wykręciłem niską tego dnia podstawę (około 1500 m.n.p.m.), czując się jak worek kartofli podwieszony do kolejki górskiej na wietrze. Pod samą chmurą zrobiło się zimno, wilgotno i ciemno a główna myśl która kołatała mi się w głowie w rytmie turbulencji uzmysławiała mi, że nie było to dobrym pomysłem oblatywać nową lotnię w hardkorowych warunkach. Zasada że nadmiar wrażeń może być nieprzyjemny już od dłuższego czasu dawała sobie znać. Dotąd myślałem, że jestem taki rozsądny i że nic mnie już nie zaskoczy a tu taka wtopa. Bałem się o lądowanie, czy będę w stanie opanować lotnię i czy trafię w lądowisko. O przeczekaniu ostrych warunków w powietrzu nie było mowy, musiałbym latać dobre 3-4 godziny a na to nie miałem sił. Woziłem się dość wysoko, ale gdy nadszedł chwilowy kryzys warunków to bez wahania wykorzystałem to i wylądowałem. Lądowanie podobnie jak i start poszło na piątkę. Patrząc na to, co zarejestrowała kamera, widać że pilot wzorowo wystartował, polatał godzinę i wzorowo wylądował a jednak nogi miał przez dłuższą chwilę z galarety i dziwny grymas na twarzy.

Filmik z tego lotu.

Zadzwoniłem do Andrzeja i Piotrolota, bo nie rozumiałem wielu aspektów z tego co się wydarzyło. Piotrolot na dzień dobry przypomniał mi swoje powiedzenie, ponarzekał na coś jak to zwykle ma w zwyczaju no i nakreślił mi sytuację, że każda lotnia lata inaczej. Nawet jego ukochany Merlin, którego bodajże trzy sztuki przeszły mu przez ręce, każdy jego egzemplarz latał trochę na swój sposób. Andrzej uzmysłowił mi, że lotnie z podwójnym pokryciem z reguły nie są tak żwawe w sterowaniu i że powinienem polecieć wpierw w spokojnych warunkach żeby nie namnażać sobie trudności.

Następny lot zrobiłem tydzień później a był to już początek września. Była piękna, termiczna pogoda i dla świętego spokoju wyczekałem do godziny 16. Pomimo późnej pory, termika wciąż pracowała i w spokojnych noszeniach pozwoliła mi na oswojenie się z nową lotnią. Ćwiczyłem krążenie w obydwie strony, elementy lotu po prostej i nawet nie wiedząc kiedy zrobiłem około 800 metrów wysokości nad start. Silnik, który od kilkunastu minut pracował na wolnych obrotach, zgasł mi niespodziewanie, ale nie był to żaden problem z racji dużego zapasu wysokości. Kontynuowałem ten lot już jako całkowicie bezsilnikowy, przeleciałem nad górę Igliczną gdzie w dość niespokojny komin zabrał mnie naprawdę wysoko bo na ponad 2500 m.n.p.m, co jest wynikiem wciąż nie pobitym przeze mnie do dnia dzisiejszego. Szwędając się przy brzegu chmury udało mi się wznieść odrobinę wyżej niż jej podstawa. W ciszy jednostajnego szumu powietrza delektowałem się widokiem na szlak chmur ciągnący się w głąb Masywu Śnieżnika, ale brakło mi odwagi, aby zapuścić się tam głęboko w góry. I tak dostąpiłem niewyobrażalnego szczęścia. Był to jednocześnie mój pierwszy długotrwały lot z wyłączonym silnikiem. Mimo iż pracujący na wolnych obrotach silnik jest ledwie tylko słyszalny, to jednak robi to dużą różnicę. Przed wszystkim wyostrza zmysły. Uchwyt rąk na sterownicy rozluźnia się i dzięki temu dużo więcej można odczytać z jej ruchów a delikatne sterowanie na dłuższą metę okazuje się bardziej skuteczne a przede wszystkim nie jest tak męczące. Można wyczuć zmieniający się zapach powietrza, zmiany wilgotności czy też temperatury. Szum powietrza wydaje się być bardziej melodyjny. Bardzo lubię gdy powietrze muska mnie po twarzy. Przypomina mi to gdy jako dziecko spędzałem dużo czasu nad rzeką, trzymałem ręce do wody i przez długi czas patrzyłem i odczuwałem jak woda przepływa między palcami.

Filmik z tego lotu.

Co dobre szybko się kończy, termika zdechła, udało mi się przećwiczyć odpalanie silnika w powietrzu, na ziemi zrobiło się już zupełnie bezwietrznie i pomimo głębokiego wypchnięcia lotni lądowanie zakończyłem na kolanach, z solidnym załopotaniem poszycia że aż mi się wypięło kilka profili.

Kolejne dni września obfitowały w lotną pogodę. Słońce nie operowało już tak mocno, więc termika działała ale nie zabijała. 1-go października udałem się na latanie do Gajnika aby „straszyć konie”. Nastraszyłem wtedy ale w pierwszej kolejności siebie i to naprawdę mocno. Po raz pierwszy w życiu musiałem przerwać start. Nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie wielkie zaskoczenie jakie przeżyłem podczas rozbiegu, kiedy to lotnia zaczęła tracić kierunek, a ja ślepo kontynuowałem start. Dopiero gdy zrobiło się już bardzo niedobrze przerwałem go i tylko dzięki wielkiemu szczęściu zupełnie nic się nie stało. Pomogła chwila odpoczynku, przemyślenie co się stało i powtórzony start. Latało mi się tak sobie, konie za bardzo się nie bały, udało mi się dolecieć aż nad Trójmorski Wierch. Po wylądowaniu udałem się na imprezkę, która ciągnęła się do nie wiem której godziny. Dnia następnego z wielkim bólem głowy wracałem do domu, ale że pogoda była wyśmienita to zajechałem na moją ulubioną łąkę no i nie mogłem się powstrzymać od polatania sobie. No i niestety nie udało mi się wystartować, pomimo trzech prób. Co jedna go gorsza. Nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę, przecież robiłem to już tyle razy! Czwartej próby już nie podejmowałem, spakowałem się do domu aby się wyspać. No cóż, pewna niedyspozycja fizyczno-umysłowa może doprowadzić do braku finezji w czynnościach startowych, tak że wszystko przestanie się kleić. Czasami tak jest, grunt to wyczuć to i odpuścić sobie dla świętego spokoju.

Kaca moralnego miałem przez trzy tygodnie, bo tyle czasu czekałem na pogodę nadającą się do latania. Ciężko było wytrzymać tyle czasu w niepewności, czy ja wciąż umiem latać czy też nie. Wreszcie doczekałem się lotnej pogody. Tym razem stojąc na starcie miałem jedną ważną myśl w głowie: „pamiętaj że w razie problemów zawsze możesz przerwać start”. Od tego dnia zawsze powtarzam to sobie przed każdym startem a także polecam każdemu kto próbuje latać na lotni z napędem. Zdarzyło mi się już kilkukrotnie przerwać start, w każdym z tych przypadków straciłem odrobinę czasu, ale potencjalnie dużo zyskałem: braku uszczerbku na zdrowiu i uszkodzeń sprzętu.

 

Filmik z urodzinowego lotu.

Filmik z pourodzinowych prób startu.

 

 

 

*  *  *
 

 

Latanie to ciężki chleb. Spoglądając na to z boku dostrzega się z reguły tylko końcowy aspekt a więc sam lot i niewiele poza tym. A to „niewiele poza” to niemalże droga krzyżowa. Mimo że najczęściej startuję i ląduje na łące około 3 km od domu, to od chwili „a polatam sobie” do chwili startu mija co najmniej godzina (to mój rekordowy czas) a z reguły jest to 2-3 godziny. Ten czas bynajmniej nie spędzam na relaksie, nic z tych rzeczy, trzeba pozbierać mnóstwo sprzętu, zapakować to do samochodu niczego przy tym nie zapominając, dojechać ma miejsce, rozeznać warunki atmosferyczne, ustalić miejsce startu i lądowania, rozłożyć lotnię, napęd, wiatrowskazy, zamontować gadżety do latania, posprawdzać wszystko, ustalić plan lotu, ubrać się, nawodnić, odwodnić... Samo przyjechanie na łąkę wcale nie gwarantuje polatania sobie, czasami można startować od razu, najczęściej jednak przyjeżdżam wcześniej aby odczekać 1-2 godziny które to poświęcam na obserwację pogody, zdarza się czekać i 5 godzin ... i wrócić do domu bo jednak pogoda nie odpuściła. A pogoda jaka jest każdy widzi, niestety nie każda się nada, najlepiej mieć zachodni kierunek wiatru (rzadkość, jeśli już jest to najczęściej towarzyszy mu wredna, deszczowa pogoda), z odchyłką +/- 60 stopni, termiczne warunki ale też nie za mocno (brak burz), tutaj niestety kryteria są znacznie ostrzejsze niż typowa obawa przed zmoczeniem się przez deszcz. Jak za słabo wieje też jest źle, jak za mocno albo za porywiście to też niedobrze. Jeśli wszystko zagra to można startować, zaś w powietrzu trzeba mocno główkować nad tym co się dzieje, to wtedy jest pewna szansa, żeby sobie polatać bezsilnikowo jak trzeba, czyli kilka godzin. Po lataniu wszystkie czynności trzeba wykonać w odwrotnej kolejności, całe szczęście po locie będąc „na haju” dzieje się to niemal bez myślenia, ręce same chodzą a umysł wciąż myślami jest w obłokach. Łatwo jest znosić te wszystkie trudy latania, będąc „napalonym żółtodziobem”. Z czasem zaczyna przebijać się rozsądek, każdy taki wypad (zakończony lataniem lub nie) to stracona połowa albo i więcej dnia. Pogoda też z reguły daleka jest od ideału. Może lepiej będzie w zamian połazić sobie po górach albo pojeździć rowerem a tylko przy pewnej pogodzie poświęcić się lataniu? Niestety wiele osób, po fazie początkowej fascynacji postępuje w taki właśnie sposób i niestety w ostateczności przestaje latać. Przypominam, trudności są po to, abyśmy mogli się przekonać jak bardzo pragniemy tego czegoś. Trzeba więc sprężyć pośladki i latać ile się da. Nie zawsze trafi nam się „lot życia”, musi być kiedyś gorzej żeby kiedyś mogło być lepiej. Zaskakujące jest, jak wiele naprawdę fajnych lotów udało mi się wykonać w warunkach, które początkowo wydawały się słabe a wręcz beznadziejne.

 

 

*  *  *


 

Jeszcze w czasie początków szkolenia w Mieroszowie pomagałem Andrzejowi pakować jego sztywniaka Exxtacy na ruraka, wtedy tak od niechcenia powiedział mi: „Zobaczysz za kilka lat sam będziesz na czymś takim latał”. Wyśmiałem go wtedy w myślach, gdyż zupełnie nie widziałem się na sztywniaku, zarówno wtedy jak i w przyszłości. Och jak bardzo się wtedy myliłem. Lotnia sztywna mocno się różni od klasycznej lotni miękkiej, ale sterowanie i większość zasad pozostaje taka sama. Długo można by pisać o różnicach, najważniejsze moim zdaniem to całkowite usztywnienie płata, oczywiście płat ugina się nieco w locie pod wpływem sił, ale uginanie się i przez to zamierzona deformacja płata nie jest środkiem służącym do sterowania. Do sterowania służą dedykowane elementy, czyli przerywacze oraz klapy. Dzięki dużo większym możliwościom kształtowania profilu płata udało się uzyskać dużo lepsze osiągi, także w zakresie małych prędkości, paradoksalnie jeszcze „umilając” lotnię w pilotażu. Oczywiście nie za darmo, kosztem jest dużo większa waga i upierdliwość na ziemi pod każdym względem. Za to w locie sztywniak odwdzięcza się za wszystkie swoje naziemne kaprysy. Na sztywniaka zdecydowałem się dość późno, to znaczy po dwóch latach i około 60 godzinach spędzonych na mięśniolocie „Space” poprzedzonych rokiem i około 30 godzinach na wszystko wybaczającym Funky. Nie śpieszyło mi się, jestem długodystansowcem, postawione sobie cele zawsze osiągam ale niekoniecznie od razu. Pierwsza okazja kupna Exxtacy była czystym przypadkiem, lecz nie byłem wtedy do końca zdecydowany a sprzedający nie wzbudził mojego zaufania. Drugą okazję także przepuściłem ze względu na sporą nieufność do sprzedającego.

Trzecią okazję wykorzystałem a pomógł mi przy tym niezawodny Piotrolot, na dodatek przywożąc mi lotnię pod sam dom. Dzięki temu, że uprzednio nagrał film ze składania, udało nam się w miarę bezproblemowo złożyć ją na boisku przed domem. Na oblatanie jej przyszło mi czekać dość długo bo prawie dwa miesiące. Wiele spraw się na to złożyło, sporo czasu zajęło mi przygotowanie piast pod koła. Koła na lotni pełnią rolę pomocniczą i służą do wyjścia z niezbyt udanego startu czy też lądowania tylko ze wstydem i być może upapranym trawą i błotem ubraniem a nie mniej lub bardziej spektakularną kraksą. Oblot zrobiłem w Mieroszowie końcem listopada 2013 roku, wpierw Andrzej wykonał lot testowy, potem ja stanąłem na starcie, całkowicie sam, gdyż cała loża szyderców przemieściła się na sam dół, w miejscu prawdopodobnego lądowania. Nogi trzęsły mi się, przecież to całkowicie inna lotnia, monstrualna waga i rozpiętość, czy ja sobie poradzę? Po dwóch krokach rozbiegu, jeszcze nie leciałem lecz byłem już tylko dobrej myśli. Po trzech, czterech kolejnych już leciałem. Nic się nie działo, lotnia szła jak po sznurku i tylko sobie trochę czasami opuszczała dziób. W drugim zakręcie mocno ją rozpędziłem aż zahuczało, następnie kompletnie mnie zamurowało tak że wylądowałem na kołach szorując brzuchem po trawie. Z pomocą kolegów zatargaliśmy ją z powrotem na start i na drugi lot poszedłem z holu. Holowanie się sztywniakiem to bajka, idzie prościutko, prawie nic nie trzeba sterować. To daleko lepsze niż holowanie się klasyczną lotnią, która w pewnych okolicznościach potrafi doprowadzić pilota, wyciągarkowego i wszystkich na ziemi do palpitacji serca. Po wyczepieniu się polatałem 40 minut na dość słabym żaglu, poznając zachowanie Exxtacy. Nic szczególnego się nie działo, dbałem o delikatne sterowanie, gdyż ze względu na około 10 centymetrowy luz na sterownicy łatwo wpaść w „trzepotanie” prawo-lewo. Lotnię miękką pilotuje się odrobinę inaczej, używa się dużo bardzo małych impulsów sterujących a takie podejście na sztywniaku po prostu nie działa. Trzeba używać rzadszych ale dużo obszerniejszych wychyleń sterownicy. Kolejna wspaniała cecha to bardzo małe siły w obydwu osiach. Oczywiście dla pilota, który czuje prędkość po szumie powietrza a nie po siłach czy też pozycji sterownicy. Podczas obydwu tych moich lotów czułem się niesamowicie spokojnie. Pewna doza doświadczenia a także swojego rodzaju intuicja mówiła mi: „to jest to o czym zawsze marzyłeś”. Jednocześnie całkowicie przeszła mi chęć do latania na Space, mimo że przez te dwa lata byłem z nią niemalże związany uczuciowo. Mija już rok i Space nie poleciałem ani razu i nawet jej nie dotykałem. I pewnie już nigdy nie polecę. Niech sprawia radość komuś innemu.

 

Mieroszów, start holowany.

Transport "rurakiem"

Chwila przed startem ..

.. i start za wyciągarką.

Ciężko jest o własnych siłach wejść na górę z 50 kg sprzętu.

"Filozofowanie..."

Filmik z pierwszego lotu na Exxtacy.

Filmik z drugiego lotu na Exxtacy.

 

*  *  *

 

Oblot Exxtacy z napędem zrobiłem pod wpływem idealnej pogody, czyli silnego zachodniego wiatru. Pukałem się w głowę, że nie powinno się takich rzeczy robić, czyli w jednym locie sprawdzać na sobie kilka nowości czyli lotu z napędem, startu z płaskiego i termiki z napędem. Dwa lata temu zrobiłem analogiczny lot na Space i byłem wtedy nieźle posrany w powietrzu z natłoku nowych wrażeń. Przez te dwa lata nabrałem sporo doświadczenia no i miałem już kilka swobodnych lotów na Exxtacy więc nie obawiałem się zbytnio tego lotu. Sporym problemem było zakotwiczenie lotni, mimo że przygotowałem odpowiednie „bloki startowe” to nie pomyślałem o zakotwiczeniu ich samych do ziemi, tak że one zwyczajnie się ślizgały po trawie powodując opadanie lotni na ogon. Jakoś wpiąłem się w uprząż i wystartowałem, co z racji silnego wiatru wymagało zaledwie pięciu kroków. W powietrzu szarpało, nic dziwnego, było to dzień po przejściu niżu. Było mi wreszcie dane odczuć drugą stronę „lotni sztywnej”, czyli mocne odczuwanie wszelkich turbulencji z racji bardzo sztywnej a więc mało tłumiącej przeciążenia konstrukcji. Wrażenie było jakby mnie coś waliło po klacie i po karku. Całe szczęście siły na sterownicy były bardzo małe lecz i tak zbyt mocno się rzucałem na wszystkie strony. Nie spodziewałem się, że na sterownicy będę dużo lepiej odczuwał wszelkie duże i małe subtelności powietrza, duży plus w stosunku do Space i Funky w których nie było to tak wyraźne. Oczywiście trzeba nauczyć się interpretować te odczucia, do dziś nie rozumiem istoty pewnych wibracji o częstotliwości kilku herzów, czyżby to oznaka przeciągania którejś z końcówek skrzydła? Zanotowałem jeszcze jedną niezmiernie ważną cechę, mianowicie trzymanie kierunku lotu, czy to prostego czy też ustalonego krążenia. Space i Funky notorycznie zacieśniały/prostowały krążenie w turbulencji czy też w locie prostym, nie trzymały kierunku, zaś Exxtacy miała tą wadę zredukowaną powiedzmy że o 70%. Bardzo ułatwia to pilotaż i nie stresuje tak, na Space wielokrotnie termika potrafiła mnie obrócić o 90 stopni zaś tutaj nawet gdy dostawałem potężną bombę i przechył 30 stopni to zejście z kierunku było niewielkie. Jak dobrze wiemy, dużo łatwiej zanotować jest zmianę na gorsze niż na lepsze, strach by było myśleć co by się działo gdybym powrócił do latania na Space. Warunki podczas tego pierwszego lotu były wyśmienite, spędziłem 3 godziny i 15 minut w powietrzu i przećwiczyłem latanie na żaglu, nawiązywanie kontaktu z termiką z żagla, wykręcenie do podstawy, przeskoki na dużej prędkości do kolejnej chmury, długie przeskoki pod wiatr (niesamowita penetracja, Space tutaj się chowa). Byłbym latał dłużej ale padł mi GPS, zmarzłem, zgłodniałem i nieco mi się to wszystko znudziło. Wylądowałem tak sobie (ale na nogach) i dopiero na ziemi zdałem sobie sprawę w jak trudnych warunkach przyszło mi latać, na niebie były już zarysowania chmur soczewkowych a wiatr był mocno zmienny w kierunku i sile. Nie przypominam sobie abym na Space latał kiedykolwiek w takich warunkach, lecz gdybym miał kiedyś okazję to z pewnością nie byłoby to tak przyjemne i nie wytrzymał bym tak długo. Lot ten utwierdził mnie w przekonaniu, że to jest to! Wciąż miałem dystans do Exxtacy, wszak miałem na niej ledwie 6 lotów i 5 godzin, więc po prostu mogłem mieć szczęście. Dopiero kilkanaście startów i lądowań w różnych warunkach pozwoli wyrobić sobie w miarę wiarygodne zdanie.

Filmik z oblotu Exxtacy z napędem.

 

*  *  *
 

 

Najbardziej niebezpieczne fazy lotu to start i lądowanie. W tych momentach występuje niebezpieczna kombinacja dużej prędkości i co jest najważniejsze, bliskości ziemi. Jak dobrze wiemy, to ziemia zabija a nie powietrze, wyjąwszy raczej hipotetyczną sytuację jego braku. Do startu i lądowania podchodzę więc z wielką uwagą i należytą pokorą. Kiedyś leciałem z pulsometrem, tętno na starcie wynosiło 176 co jest u mnie 91% Hrmax, przy lądowaniu 156 czyli 80% Hrmax a w czasie lotu 100-110 czyli 51-56% Hrmax. Tętno nabiłem „mózgiem” a nie wysiłkiem fizycznym, są więc to wartości bardzo duże i obrazują, co się dzieje w głowie przy starcie. A co się wtedy dzieje? Ja przeżywam że tak powiem chwile wielkiego zwątpienia w samego siebie, przeplatane zadawaniem sobie pytania „co ja tutaj k... robię?” pod tym przerośniętym parasolem. Tak było kiedyś, teraz przy starcie i lądowaniu czuję się znacznie pewniej, jestem bardziej odprężony a tętno jest dużo niższe. I dobrze, bo nadmierne emocje blokują racjonalne działanie w nietypowych sytuacjach, które mogą się pojawić przy starcie czy lądowaniu, przynajmniej tak to działa u mnie. Z dłuższej perspektywy czasu, ewolucja odczuwania emocji przy starcie wygląda następująco: euforia i pewność siebie charakteryzująca żółtodzioba, następnie zwątpienie na etapie średnio zaawansowanego pilota i spokój oraz pewność siebie u dojrzałego pilota. Jest jeszcze czwarty stan, czyli wrażenie bycia „osranym w gacie”. To niechybnie jest świadectwem za rzadkiego latania a receptą jest częstsze latanie, mogą być to nawet tzw. „dupozloty” a nawet ich jeszcze bardziej przyziemna odmiana czyli „duposzury”.

 

Bieg z lotnią przed lotem, dobry zwyczaj na odstresowanie się i sprawdzenie sprzętu.

Początkowa faza rozbiegu..

.. i odlot.

Prędkość 121 km/h.

W locie termicznym.

Bardzo medialny filmik z latania na Exxtacy.

 

*  *  *
 

 

Najtrudniejszy start oraz lądowanie, czyli w warunkach zerowego wiatru przyszło mi wykonać mając już na koncie ponad 20 lotów. Jestem wdzięczny losowi, że pierwsze loty przypadły mi przy silnych wiatrach, gdyż są one dużym ułatwieniem. Tak więc pewnego październikowego dnia przyszło mi zmierzyć się z ciszą. Na wszelki wypadek zapewniłem sobie z 200 metrów miejsca na rozbieg. Miałem trochę cykora, widziałem co mój kolega Piotrek przeżywał startując w ciszy na Atosie i miałem w pamięci jego rozbieg, który niemalże nie miał końca. Przypominałem sobie jego słowa: „Biegnij szybko, tak szybko jakby Cię gonił lew”, co akurat łatwo można było sobie wyobrazić, gdyż dwa metry za mną mam przecież „ryczący” silnik i basowo dudniące śmigło. Problemem była też dość wysoka trawa, stawiająca spore opory tylnym podporom napędu. Wyczekałem na minimalny podmuch i ruszyłem z kopyta. Bardzo długo trwało osiągnięcie takiej prędkości, żeby lotnia uniosła swój ciężar, wreszcie to się stało ale czułem że nie przyśpieszam a lotnia nie niesie. Po raz pierwszy przerwałem start z Exxtacy. Przejście stu metrów z tym majdanem trochę dało mi w kość, chwilę odpocząłem i spróbowałem ponownie. Tym razem trawa delikatnie ruszała się od wiatru, znów pełna kita, dłuuugaśny bieg do momentu uniesienia się lotni, potem nareszcie upragnione przyśpieszenie, jeszcze kilka kroków na pełnej parze i oderwanie. Uff... znowu się udało. Jeszcze nigdy w życiu tak szybko nie biegłem. Naiwnie byłoby sądzić, że kwestię „ubiegnę czy nie” pozostawiłem przypadkowi. Nie pozostawiłem. Gdy kupiłem Exxtacy to zadzwoniłem do Andrzeja i jego pierwsze słowa brzmiały „Gratuluję, teraz przygotuj się na szybkie biegi”. No to zacząłem się przygotowywać. Po konsultacji z kumplami biegaczami zacząłem regularnie rozciągać się, do szpagatu mam daleko ale i tak znacząco poprawiłem zakres ruchu w biodrach. Przed samym startem dodatkowo rozciągam się, robię kilka podskoków i przyśpieszeń. Po długim locie przed lądowaniem też warto rozruszać nogi, pomachać nimi, „przebiec” się jeszcze w powietrzu, żeby na zastanych nogach nie przejechać się i nie wyciąć orła. Do lądowania przyszło mi podchodzić w zupełniej ciszy. Totalna flauta, pełny pionowy zwis rękawa. Przeleciałem zamierzony punkt przyziemienia, wypchnąłem, przybutowałem ale tylko kilka kroków, „przyklęknąłem” i wykonałem ślizg na lewym kolanie, prawym bucie, podpierając się kółkami na sterownicy. Jak dotąd drugie najgorsze lądowanie, no cóż, nie jest łatwo wziąć na nogi te 170 kg przy dużej prędkości.

 

 

*  *  *

 

Za każdym razem w powietrzu jest inaczej. Nawet dzień później, gdy "na oko" pogoda jest taka sama, charakter noszeń bywa zupełnie inny. Zmiany pogody odczuwa się nawet w czasie lotu, jeśli trwa on wystarczająco długo (czasami wystarczają ku temu pojedyncze minuty). Żeby sobie naprawdę fajnie polatać trzeba elastycznie podchodzić do wszelkich zmian i dać się im ponieść lub ... spieprzać szybko na ziemię w razie widma niebezpiecznego pogorszenia się pogody. Trzeba myśleć i działać elastycznie i szybko. Latanie termiczne to nie sielanka a intensywny wysiłek umysłowy.

Niech przykładem na to będzie mój ponad dwugodzinny lot z października. Dzień był ładny i ciepły, lecz słaby wiatr, umiarkowana widoczność i skąpe zachmurzenie Cu nie zapowiadały niczego spektakularnego, zakładałem godzinne latanie z jakimiś drobnymi elementami termiki. Po starcie wszystko się sprawdza, "pewniaki" noszą ale bardzo słabo, w zasadzie zerka, trudno mówić o robieniu wysokości. Lecę 8 km nad duże ciemne pole w nadziei że tam coś będzie. Tak też się dzieje, + 1 m/s pozwala mi uzyskać 400 metrów wysokości i to chyba wszystko co się da wycisnąć z tych warunków, jestem już prawie godzinę w powietrzu i nic lepszego się nie trafiło.

Po godzinie czasu wiadomo już, że południowy wiatr jest słaby w górnych partiach, dzięki temu mimo gór na przedpolu powietrze jest dość spokojne, zaś kątem oka widać że wyżej w górach budują się chmury Cu. Szukanie szczęścia nad równinami nie ma sensu, zmiana planów, daję w palnik i kilkunastominutowym lotem nad Nową Wsią i Międzygórzem zapuszczam się w góry Masywu Śnieżnika. Wciąż w powietrzu panuje spokój ale to się musi zmienić.

Nad łąkami ponad "Stodołą" dostaję mocnego kopniaka i już wiem, że tutaj coś się dzieje i na pewno zabierze mnie stąd na większą wysokość. Mozolnie 1 m/s idę w górę, potem spadam w dół, znów wyjeżdżam do góry i tak kilka razy dobre 20 minut. Z jednej strony jestem zadowolony, gdyż to co osiągnąłem i tak przerosło moje plany na ten lot, z drugiej zaś irytuje mnie niemożność uzyskania jakiejś większej wysokości. Te dwadzieścia minut było bardzo wyczerpujące i mam już ochotę odpuścić sobie (czyli polecieć do lądowania) ale pojawia się kolejne mocne szarpnięcie, bardzo przykładam się do tego komina i w ciasnym krążeniu osiągam wysokość 1300 m.n.p.m. prawie że dotykając kłaczka budującego się Cu nade mną.

To już coś i trzeba szybko myśleć o wykorzystaniu tej wysokości bo kręcąc się w tej okolicy znów spadnę i wszystko pójdzie na marne. Z tej wysokości powinno dać się dolecieć nad szczyt Czarnej Góry, taka jest kolejna modyfikacja planu lotu i jego nowy cel. Lecę więc w jej kierunku i udaje mi się osiągnąć szczyt z naddatkiem dobrych stu metrów wysokości. Wielki sukces tego dnia! Wieża i przekaźnik TV pode mną, kto by się tego spodziewał i to w środku października! Ale to nie koniec, nad szczytem wyczuwam komin, słaby bo słaby ale po kilku minutach uzyskuję dodatkowe 300 metrów wysokości. 1600 m.n.p.m. to już całkiem sporo, ale w tym momencie wyczerpuje się bateria w GPS-ie i z elektroniki działa mi tylko kamera i wariometr "pikawa", zaś komin się urywa i zaczynam tracić wysokość. W tej sytuacji, ponieważ i tak osiągnąłem dużo więcej niż oczekiwałem od tego dnia to kręcę się jeszcze trochę wokół szczytu i lotem ślizgowym dolatuję do lądowiska i ląduję. Składam sprzęt i powoli zaczynam sobie uświadamiać jak wielki błąd popełniłem. Chmury Cu nad Masywem Śnieżnika wyraźnie rozrosły się, trzeba więc było znad Czarnej Góry polecieć w kierunku Śnieżnika, być może podpierając się silnikiem po drodze, załapać się na noszenia od tych chmur i polatać nad Śnieżnikiem. Zabrakło elastyczności i szybkości myślenia tam w górze. No cóż, tak to właśnie bywa, człowiek uczy się na własnych błędach, ważne jest aby przynajmniej je dostrzegać. Następnym razem będzie lepiej.

 

*  *  *

 

Za kulisami czyli to czego nie widać. Jest ciężko. Przede wszystkim pogoda. Pogodę mamy taką sobie, niełatwo upolować dobre warunki, szczególnie gdy ma się do dyspozycji weekendy bo z urlopami ciężko trafić w warunek pogodowy. Drugą sprawą jest pogoda w skali mikro, czyli w Masywie Śnieżnika. Półroczne obserwacje warunków przy pomocy mojej stacji meteo ukazują nagą prawdę: dominujące kierunki wiatru to południe i północ. Ja zaś potrzebuje zachodniego wiatru, gdyż góry Masywu Śnieżnika są wystawione na ten kierunek. Ciężko doczekać się zachodu, jeśli już jest to towarzyszy mu brzydka i deszczowa pogoda. Paradoksalnie rok w rok trafiają się świetne warunki w samej końcówce czerwca z apogeum przypadających na najdłuższy dzień w roku. Z bólem serca muszę więc przyznać, że warunki do latania w Masywie Śnieżnika są po prostu kiepskie. Przy południowym wietrze nawet nie ma co się zastanawiać, trzeba jechać na Mieroszów, to tylko 80 km ale jest pewne latanie. Na północny wiatr od biedy można próbować zdziałać coś w Górach Bystrzyckich na Hucie, to świetne termiczne miejsce, doskonale działające przy północno-wschodnim wietrze.

Drugim problemem jest czas. Powiedzenie mówi: „Jak jest się młodym to ma się czas, ma się chęci ale nie ma się pieniędzy. Później ma się pieniądze i chęci, ale czasu brak. Na starość ma się czas i pieniądze ale już się nie chce”. Mowa oczywiście o lataniu, ale przenosi się to też na inne aspekty. Przeszedłem już pierwszy etap (o tym było w innym tekście), zaś moja obecna sytuacja definitywnie zanurzona jest w drugim etapie.

Trzeba po prostu latać nawet w takich sobie warunkach. Nawet przy gównianej pogodzie można ciekawie polatać a co najważniejsze, nabierać doświadczenia i nie wychodzić z wprawy. Byleby się nie poddawać bez walki. Ile to razy po godzinie „wypierdzianej” w powietrzu poddawałem się i odlatywałem do lądowania, ale po drodze coś tam jeszcze złapałem, przyłożyłem się, przetrzymałem kilka minut aż w cudowny sposób powietrze ożywało i pozwalało polatać już bez silnika drugą godzinkę gdzieś wysoko pod chmurami. Po każdym locie starannie przeglądam zapis GPS, materiał filmowy i oceniam podejmowane przeze mnie decyzje. W zeszłym roku oceniałem wykorzystanie warunków na 50%, w tym zaś roku mimo dużo gorszej pogody uważam że jest to 70%. Aż mnie skręca gdy wspominam jak świetne warunki przytrafiały mi się w przeszłości i w jak żenujący sposób je wykorzystywałem, no cóż, takie życie, pewne rzeczy przychodzą z czasem. Postęp jest, jest dobrze a będzie jeszcze lepiej.

 

*  *  *

 

Latanie okiem „nielotów”. Latam coraz to wyżej i ciszej, ale zawsze ktoś gdzieś mnie przyuważy. No i interpretuje na swój sposób to co widzi. Czasami jest to ktoś, kogo znam i potem mam okazję wysłuchać jego relacji z mojego lotu. I w większości przypadków relacja ta obfituje w przerażające wydarzenia, walkę o życie, ucieczkę przed przeznaczeniem itd. Wyobraźnia ludzka nie zna granic. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że czym wyżej latam, tym bardziej jest to przerażające. Powyżej kilometra jestem już naprawdę małym punkcikiem a wtedy to już jest śmierć w oczach tam na ziemi, porwało mnie, nie mogę wrócić, uduszę się, spadnę, zamarznę. Zdarza mi się też słyszeć, że „wiatr nie chce mnie puścić”. Przy napotkaniu termiki zdejmuję obroty żeby lepiej wyczuć to co się dzieje w tych pierwszych i najtrudniejszych krążeniach, zaś na ziemi panika bo mi silnik gaśnie i szukam miejsca do lądowania bo krążę. Czy też niebezpiecznie rzuca mną w powietrzu a przy lądowaniach to mało co się nie rozbijam i w ostatniej tylko chwili wyhamowuję. Albo „dziadek” tłumaczy mi, że niebezpiecznie jest w tych górach latać bo on w tych górach przepracował w lesie 30 lat i wie że tu są zdradliwe wiatry. Olaboga! Doceniam ludzką empatię, pamiętajcie że ja tam na górze mam dużo lepszy obraz sytuacji niż to co widać tam z ziemi, widzę i czuję więcej a przede wszystkim umiem latać. Bez obawy więc, wiem co robię, to wszystko nie jest takie straszne jak się często wydaje tam z ziemi Waszym okiem nielota.

Filmik: Latanie w trudnych warunkach.

*  *  *
 

 

Co przyniesie przyszłość? Sprzęt mam już doszlifowany, podstawowe umiejętności też. Pozostaje mi latać, przełamywać swoje bariery, identyfikować i poprawiać słabe punkty. A jest ich wiele. Przede wszystkim wciąż zbyt mało latam na dużych wysokościach. Wykręcić podstawę to nie problem ale co potem zrobić, gdzie polecieć z sensem tego już za bardzo nie wiem. Z reguły zupełnie bezsensownie lecę pod wiatr i w 50% przypadków spadam do parteru i z powrotem czaję się na komin który mnie poprzednio zabrał. A to trzeba lecieć gdzieś dalej w bok czy też z wiatrem. Cokolwiek by nie było, będzie dobrze!

16 listopada 2014