Latać, fruwać - jak daleko moja pamięć sięga zawsze było to moimi marzeniami. W wieku przedszkolnym jako marzenia typowo dziecięce - latający dywan czy miotła, czy też bliżej niezdefiniowana lewitacja. W szkole podstawowej realizowałem się w modelarstwie, głównie kartonowym, choć budowałem tez modele swobodnie latające i różnorakie latawce. Nie osiągnąłem nic spektakularnego - miałem głowę pełną pomysłów i marzeń i nic poza tym - zero pomocy ani wsparcia.


Dzień po kupnie skrzydła

W szkole średniej powoli zaczęły dochodzić do mnie słuchy o nowym sporcie lotniczym - paralotniarstwie (wtedy używano słowa spadolotniarstwo). W trzeciej klasie szkoły średniej, mając 17 lat wybrałem się wraz z moimi dwoma kolegami z klasy na spadochronowy kurs działań specjalnych w Jeleniej Górze, miały to być 3 tygodnie mordęgi na wzór dzisiejszej "Selekcji" połączone ze skokami spadochronowymi. Nie ukrywam, że głównie to ostatnie mnie interesowało. Program tego kursu zahaczał też o lotnictwo sportowe - latanie samolotem (nieśmiertelna Wilga). Były to jeszcze czasy, gdy pozytywnie myślałem o armii i wszelkich


Nauka metodą
prób i błędów

innych jednostkach mundurowych. No i wyskoczyłem te 3 razy z samolotu, a po pierwszym skoku chodziłem tak zakręcony jakbym się schlał - takie to były wrażenia ! Niestety w trzecim skoku popełniłem błąd przy lądowaniu, co skończyło się złamałem prawej ręki. Dalszą część obozu spędziłem jako "cywil", kręciłem się po lotnisku, podglądałem samoloty, szybowce, lotniarzy, paralotniarzy i


10 minut od domu
i takie zbocze!

modelarzy. Oczywiście zastanawiałem się co to będzie jak pojawię się w domu z tym gipsem - całe szczęście nie było tak źle jak myślałem. Zaraz po tym jak wróciłem do domu wydarzył się w naszej okolicy śmiertelny wypadek księdza na motolotni - swojego czasu cała Polska o tym buczała. Rodzinka się trochę burzyła, gdyż za pieniądze z odszkodowania za złamaną rękę kupiłem paralotnię, na resztę gratów do latania (nie wspominając o kursie) nie było mnie stać. A więc uprząż adaptowałem ze spadochronu SD-5, którą przywiozłem z obozu z Jeleniej Góry (wpinałem się pod spadochron zapasowy) i niebawem rozpocząłem naukę latania. Oczywiście wszystko metodą prób i błędów, bo


Latało się nawet w slipkach

nie miałem dostępu do literatury z tej dziedziny czy też kontaktu z innymi paralotniarzami. Tak, to były piękne czasy, jeździło się rowerem po okolicznych górkach i latało (samemu). Wkrótce odkryłem świetne zbocze treningowe położone 10 minut marszu ode mnie z domu, dzięki Bogu jesień roku 98 była wyjątkowo mało wietrzna, warunki były bardzo komfortowe i z każdym dniem


Impresja

pogłębiałem swoje umiejętności. Słowo "każdy dzień" należy interpretować dosłownie - po powrocie ze szkoły brałem plecak z glajtem i pędziłem na startowisko, sobota i niedziela były oczywiście wykorzystywane do granic możliwości (czyli od zmierzchu do świtu, z ograniczeniem na moją wytrzymałość fizyczną). Ach, co się wtedy wyprawiało, kilka razy zapraszałem kolegów na latanie, między innymi z radości posiadania skrzydła wpadliśmy na pomysł latania tylko w majtkach (choć kolega chciał i bez), pamiętam też akcję oczyszczenia sporego startowiska z róż i drzewek i dziewięć prób startu  w tym miejscu (bez kolegi Waldka by to się wtedy nie udało), pamiętam też przeróbkę poniemieckiego barometru na wysokościomierz (komicznie wyglądał wieki barometr wskazówkowy dyndający mi  na szyi). Kiedy była mgła to wycinałem róże oraz inne krzaki na startowisku i w jego okolicy. Czasy te wspominam z wielkim sentymentem jednocześnie wznosząc dziękczynienia Bogu, że nic się wtedy nikomu nie stało.


Tadziu w pełnym
rynsztunku bojowym

Nadeszła wiosna roku 1999 i przez przypadek spotkałem swojego nauczyciela języka Polskiego z podstawówki - Tadeusza, który jak się okazało szkolił się już na paralotniach, ale szkolenia tego nie dokończył. Umówiliśmy się kiedyś na latanie, przeleciał się dwa razy i w oczach mu zabłysło. Następnego dnia odbieram telefon od niego: "Cześć, pojedziesz ze mną jutro kupić glajta ?" A więc teraz było nas dwóch, od Tadeusza wypożyczyłem literaturę (Przegląd Lotniczy), dzięki czemu uzupełniłem swoje braki w teorii, razem doszkalaliśmy się,


Idzików, albo z boku
albo przewiewa

objeżdżaliśmy i oblatywaliśmy okoliczne górki. Nie obyło się też bez klasycznych "przypadków" paralotniowych - Tadeusz wylądował na drzewie, co pociągnęło za sobą gigantyczną i przesadnie udramatyzowioną przez 'cywilów' akcję ratunkową. To zdarzenie ostatecznie odwróciło ostatnie resztki poparcia mojej rodziny dla uprawiania przeze mnie takiego rodzaju sportu. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, któregoś razu w Mieroszowie wytrzaskałem pół godziny na żaglu kończąc ten wspaniały lot głupim lądowaniem w lesie (cud że mi się nic wtedy nie stało). Ten błogi stan nie mógł trwać wiecznie, kilka miesięcy później poszedłem do wojska, dokładnie rzecz biorąc rozpocząłem "studia" w Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie. Mogło by się wydawać, że paralotnie teraz "umrą" - nic bardziej błędnego, wszystkie możliwe urlopy spędzałem głównie z Tadeuszem na lataniu.


Huta, albo drzewa
albo super latanie

Ostatecznie po 9 miesiącach i 8 dniach pożegnałem się z WAT-em, no cóż - nie każdy ma charakter aby zostać trepem. Sprzedałem swoje pierwsze skrzydełko, dołożyłem pieniądze zaoszczędzone z żołdu i kupiłem pięknego glajta - UP-Soul. Och, jak to latało ! Myślałem że się posikam z radości! To skrzydło posiadało duszę! Teraz studiowałem we Wrocławiu, w domu bywałem co weekend i co weekend odbywaliśmy z Tadeuszem wyprawy na latanie. Mniej więcej w tym czasie


Nowy rok AD 2000

zacząłem być świadomy tego wszystkiego co robię. Nie ma co ukrywać (trzeba to sobie uświadomić!) - jest to sport niebezpieczny, latanie takie jakie my uprawialiśmy pogłębiało pewne zagrożenia: wysokość to bezpieczeństwo (powietrze nie zabija, zabija ziemia, od powietrza chyba jeszcze nikt nie zginął, co najwyżej od jego braku). Możliwości naszego sprzętu, umiejętności i warunki oferowane przez nasze okoliczne góry determinują głównie niskie latanie. Kiepskie wyposażenie (latałem bez spadochronu zapasowego, z ORMO-wskim kaskiem i w byle jakiej uprzęży - nie było mnie stać na dobry sprzęt) to elementy mające co prawda pośredni wpływ na bezpieczeństwo, ale bezpośrednio działające na na komfort psychiczny w czasie lotu. Wreszcie nieprzewidywalna pogoda, brak czasu i inne czynniki oznaczały latanie stosunkowo rzadkie, a więc ogólnie małe doświadczenie i oczywisty brak możliwości jego pogłębiania (w tychże warunkach). Doszedłem do wniosku, że najsłabszym ogniwem


Nowe skrzydło

tego systemu jestem ja. Ale dość tego pesymizmu. Jesienią i zimą kilka naszych wypraw do Mieroszowa zakończyło się spektakularnym sukcesem w postaci wspaniałych lotów (na miarę naszych wcześniejszych dupo-wzlotów), zaś wiosną roku 2000 udało się nam wylatać ponad godzinę na zboczu gór Bystrzyckich- więcej się nie dało z powodu  zimna i nadchodzącej nocy. Zaczynaliśmy czuć, że kończy się etap szorowania dupą po trawie a zaczyna się era długich, wysokich i dalekich lotów. Rozpoczęliśmy też tradycję noworocznych lotów sylwestrowych - suto zakrapianych szampanem. W planach


Wygłupy

były też inne ciekawe przedsięwzięcia - wyjazdy za granicę, loty nocne, poznawanie nowych miejsc. Pomimo śmiesznych osiągów naszego sprzętu (zdroworozsądkowo patrząc tylko tyle można powiedzieć) ludzie jakoś się utrzymywali  na tym w powietrzu, ba - co niektórzy zalatywali całkiem daleko. Widać było, że glajt utrzymuje się w powietrzu nie za sprawą niezwykłej wiary podwieszonego pod nim pilota, lecz dlatego że to najzwyczajniej w świecie działa. Przez to latanie stało się dostępne wszędzie i dla każdego. Wierzyłem, że moje osobiste marzenie, że kiedyś wreszcie załapię się na żagiel na mojej górce położonej niedaleko domu stanie się rzeczywistością, wybaczyłem jej (tej górze) dziesiątki jak nie setki prób wyjścia na żagiel, setki (jak nie tysiące) godzin spędzonych na jej zboczu i tysiące (jak nie miliony) myśli o górowaniu nad nią.


Lato czy zima, latać trzeba

Ponadto pojawił się u nas nowy glajciarz - Maciek. Maciek wchodził w paralotniarstwo bardzo energicznie, być może nawet zbyt energicznie. Wiosną roku 2001, dokładnie 13 maja wybraliśmy się większą ekipą na szczyt najwyższej góry naszego masywu Śnieżnika, czyli na sam Śnieżnik. Planowany był lot w kierunku Stronia Śląskiego, około 1000 metrów przewyższenia i kilkanaście minut samego szybowania. Na szczycie okazało się, że warunki nie są dobre, pech lub szczęście chciał, że najbardziej doświadczony z naszej czwórki - Czesiu "kiprownik" ze Stronia Śląskiego poleciał na leszcza. Nie wyglądało to dobrze, ale dwóch pozostałych zawodników zdecydowało się na start a ja zacząłem się zwijać - chyba słusznie, bo cała trójka wylądowała mniej lub bardziej szczęśliwie w lesie. Ostatni ze startujących na moich oczach zniknął w lesie a ja byłem prawdopodobnie jedyną osobą która widziała to zdarzenie, pognałem więc co sił do schroniska na Śnieżniku i wszcząłem alarm. Po chwili przyjechał GOPR i wyruszyliśmy na poszukiwania.


Czesiu rzeźbi na zboczu Łyśca

Niestety nic nie mogliśmy znaleźć, spotkaliśmy Czesia krążącego samochodem po leśnych duktach w celu takim samym jak my. Po chwili sytuacja była klarowna: Czesiu wylądował gdzieś w krzakach i porwał glajta, zaginiony osobnik potłukł się trochę, ale o własnych siłach zebrał się i wrócił do domu, natomiast Maciek przy lądowaniu złamał kręgosłup. No i to był początek końca naszego latania, Tadziu zaczął spędzać więcej czasu z rodziną na wycieczkach po górach a ja wziąłem się poważniej za jeżdżenie na rowerze. W dalszym ciągu lataliśmy, ale nie tak często i nie z takim entuzjazmem jak wcześniej. Ja zacząłem mieć stresy polegające to na tym, że na myśl o starcie trzęsły mi się nogi,


Start z kosiarką na plecach

całe szczęście że po starcie uczucie to odchodziło w niepamięć. Maciek podniósł się z tego wypadku (niestety nie podniósł się z wózka) i powoli zaczynał wracać do latania (ku przerażeniu żony). W pewnym momencie doznał olśnienia - latać paralotnią w naszych warunkach po prostu się nie da, ale z paralotnią z napędem - jak najbardziej !


Z kosiarką przecinam powietrze

Ten entuzjazm udzielił się także mi. Bardzo szybko Maciek nabył plecakowy napęd a ja stałem się oblatywaczem tego sprzętu i całej tej idei. Pięknie ! Odrodzenie ! Wreszcie będzie latanie bez ograniczeń, bez wyczekiwania całymi godzinami i modłów do "Waruna" ! Entuzjazm szybko mi opadł, znów okazało się, że wymarzona wolność jest swojego rodzaju iluzją - okazało się że trudno doczekać się na odpowiednie warunki pogodowe dla tego rodzaju latania. Osiągi sprzętu, który miałem okazję oblatywać pozostawiały wiele do życzenia moim nawet najbardziej skromnym oczekiwaniom. Wielka kosiarka za plecami (niejeden sobie już coś tym obciął), hałas od którego pęka głowa - to nie moja filozofia - nie po to przecież dystansuję się od silnikowych sposobów na rekreację.


Zdrada to czy nie zdrada?

W tym momencie, wyczerpawszy wszelkie dostępne mi możliwości latania na paralotniach ostatecznie po pięciu latach wycofałem się z tego, sprzedałem skrzydło i kupiłem rower. Uwaga ! Nie oznacza to, że wycofałem się z latania, jak niektórzy myślą. Proste pytania: co jest kluczem do sukcesu w lataniu ? - pieniądze, czy średnio zarabiający człowiek jest w stanie latać  - nie jest w stanie, co najwyżej jest w stanie żyć w iluzji takiego stanu. Dla mnie latać znaczy, że mogę wzbić się w powietrze w warunkach atmosferycznych pozwalających na wyjście na spacer, potrafię się utrzymać w powietrzu korzystając z powszechnie występujących prądów powietrznych i wreszcie że mogę czuć się komfortowo i korzystać z przestrzeni a nie trzymać się kurczowo


Materializacja fantazji

lotniska bo gdyby silnik nawalił albo nastąpiło inne zdarzenie powodujące lądowanie w polu i jakieś tam uszkodzenie to nigdy już nie będzie mnie stać na remont i powrót mojego latadła do pełni sprawności (autentyczna historia właściciela mikrolotu z Kłodzka). Może mam za duże wymagania ? Wszak są ludzie, którzy latają na paralotniach i nawet im to wychodzi, nie widzę jednak gęstniejącego roju glajtów nad moją głową, a niektórzy przepowiadali taki obrót spraw w niedalekiej przyszłości. Czy kiedyś będę latał ? To pytanie często zadaję sobie sam, tymczasem uprawiam latanie modelem zdalnie sterowanym, wreszcie dopiąłem swoje marzenie uniesienia się nad moim przydomowym zboczem i utwierdzam się w przekonaniu,


Marzenia się spełniają

że skromny, dwumetrowy model nazwany przez producenta Fantazja osiągami i możliwościami z nawiązką zaspokoił by moje potrzeby ... nie on oczywiście, lecz jego substytut mogący mnie unieść - nie definiując też czym ten substytut miałby być, chociażby latającym smokiem ziejącym ogniem, byleby posiadał osiągi co najmniej równe mojej Fantazji. Niestety w chwili obecnej dostępne rozwiązania które by mnie zadowalały są dla mnie nieosiągalne finansowo. Bardzo chciałbym rozpocząć dział "Moje latanie", wierzę że to kiedyś nastąpi, bo marzenia się spełniają.

 

Międzygórze, 18 stycznia 2007