Burzowo nad Żmijowcem

Sobota, parno jak w buszu, nie chce się wyjść na dwór ale też nie chce się siedzieć w domu. Niebo zachmurzone, wiatr z południa, dużo budujących się chmur - będzie się działo na niebie i na ziemi. Jednym słowem - idealne warunki na włóczęgę. Dzień wcześniej zastanawiałem się gdzie by się w sobotę wybrać, zdecydowałem się na odwiedzenie skałek na Żmijowcu, miejsca dość ciekawego, które wielokrotnie odwiedzałem na trasie do Kletna wraz z wujkiem, zgrubnie szacując 13 lat temu. Skałki te leżą na pieszym szlaku odchodzącym ze szlaku niebieskiego, który potem łączy się z drogą biegnącą po grzbiecie Żmijowca, która z kolei jest łącznikiem pomiędzy Czarną Górę i Śnieżnikiem. Z racji preferowania przeze mnie roweru zwyczajnie zapomniałem o tych skałkach, lecz mając na uwadze sobotnią niepewną sytuację pogodową zdecydowałem uderzyć właśnie tu, szybko i skutecznie, odświeżając tą zapomnianą trasę i to zapomniane miejsce. Wyszedłem z domu przed dziewiątą rano, zapakowany w sprzęt do fotografii naziemnej i powietrznej, oraz niezbędnik każdego dzikusa z lasu, czyli lekkiego i wielofunkcyjnego urządzenia pełniącego rolę śpiwora, koca, namiotu i okrycia przeciwdeszczowego, czyli tropika od namiotu. Szybkim krokiem mijałem ostatnie ostoje cywilizacji ludzkiej, które ostatecznie zniknęły mi z oczu w lasach Góry Parkowej. Następnie była długa i nudna wspinaczka niebieskim szlakiem aż do miejsca, gdzie cztery drogi się spotykają. W tym miejscu trzeba wybrać tą najbardziej stromą i po chwili dochodzi się do przełęczy, na której droga się kończy, a gęsty i wysoki las wprawia w zakłopotanie co do dalszego kierunku marszu ku skałkom.

Tu trzeba skręcić do góry

O tam !!

Korzeń przewrócony

Właściwy kierunek to w prawo, w kierunku wzniesień i światła. Osiągając ten punkt zaczynam przypominać sobie wycieczkę szkolną sprzed ponad 15 lat, w pamięci utkwiła mi wtedy padnięta sarna leżąca na szlaku i to strome podejście, po którym wychodzi się na szlak bezpośrednio prowadzący do celu. Jeszcze zbaczam ze szlaku zaciekawiony ortodoksyjnym dziełem ludzkiej ręki - amboną. Jej konstrukcja a szczególnie stan nie budzi zaufania, ale nie jest tak źle jak wygląda, jej konstrukcja jest sztywna, żerdzie nie zjedzone przez robactwo, więc wytrzyma jeszcze wiele zim. Po zejściu z ambony jest jeszcze 200 metrów do pokonania zarastającą ścieżką i po prawej ukazują się skałki. Pierwsze moje wrażenie sprzed kilkunastu lat w stosunku do nich to wyobrażenie kiosku okrętu podwodnego wystającego znad morza traw, przynajmniej wtedy porównanie to miało sens, gdy było tu dużo otwartego terenu a teraz okolice są już prawie całkowicie porośnięte niskimi świerkami. Szkoda, widok był wtedy iście mickiewiczowski. Będąc tam wtedy, jako małe dziecko wyobrażałem sobie, że kiedyś wystartuję stamtąd szybowcem, który będzie unosił się w ciszy nad zboczem. Marzenia się spełniają - szybowiec jest w plecaku i zaraz będzie latał.

Ze Żmijowca na Czarną Górę

To samo 13 lat wcześniej

Sąsiedni kompleks skałek

To samo 13 lat wcześniej

W skupieniu

 Najbardziej martwię się o jego lądowanie - jest tu niewielka łąka, lecz powątpiewam w możliwość bezpiecznego wylądowania tutaj. Myślę o złapaniu modelu z powrotem w dłoń, jednak ostatecznie stwierdzam, że jakoś tu wyląduję, kilka razy wyobrażam sobie podejście i lądowanie - na pewno się uda. Start Fantazji (małej) jest bezproblemowy, po kilku sekundach lotu wyłączam silnik i zaczynam unosić się korzystając z noszeń zboczowych. Wieje silnie z południa (względem zbocza jest jednak lekka odchyłka z prawej strony), jest spokojnie pomimo tego, że kilometry przede mną są potężne zbocza generujące rotory. Najwidoczniej wszystko tutaj się jakoś magicznie porządkuje i wyrównuje, bo latanie jest wyjątkowo spokojne i przewidywalne, noszenia są słabe, lecz rozległe. Próbuję dalekich wypadów w przód, w lewo w kierunku Śnieżnika - nosi tam nawet nieco lepiej a także w prawo w kierunku Smrekowca - tutaj jednak daje o sobie znać jego zawietrzna i nie zamierzam tu dłużej spędzać czasu. Tymczasem niebo się chmurzy a widoczność spada, mimo że latam coraz śmielej i ciągle wyżej nie udaje mi się osiągnąć podstawy chmur, która, szacując po tym, że szczyt Śnieżnika jest niewidoczny wynosi około 1400 metrów nad poziom morza, czyli jakieś 300 metrów nade mną. Ostatecznie wspomagam się silnikiem i po kilkunastu sekundach model zaczyna niknąć w chmurach. Wyłączam silnik i spokojnie szybuję, lecz po chwili całkowicie tracę model z oczu. Szybkie nurkowanie i już jest, jeszcze efektowna górka, szeroki wylot na przedpole i decyzja o lądowaniu - stoję tutaj i marznę w krótkich spodenkach już pół godziny, a pogoda robi się coraz gorsza. No i teraz lądowanie. Schodzę do podstawy skałek, wyprowadzam model daleko na zbocze. Podchodzę na dużej prędkości starannie pilnując wysokości, silne turbulencje rzucają modelem, ja jednak zachowuję zimną krew, przelatuję pomiędzy dwoma świerkami i uderzam skrzydłem w trzeciego, który znienacka wyrósł mi na trasie lotu. Model po zderzeniu z nim wpada w rotację i delikatnie upada na rosnące tutaj wszędzie krzaki jagód. Uszkodzeniu ulega prawa krawędź natarcia, biedne to prawe skrzydło, to już jego trzecia poważna rana, nie jest to jednak niemożliwe do naprawy. Właściwie cieszę się z takiego obrotu sprawy, gdyby nie to drzewo mógłbym się rozwalić o leżące tu wszędzie kamienie i korzenie - mogło by być gorzej. Składam model a także wszystkie pozostałe graty i w dół... gdyż pogoda nie wygląda już ciekawie.

Z każdą chwilą robi się coraz ciemniej, coraz bardziej pochmurno, zaczyna grzmieć, zaczyna błyskać, wreszcie zaczyna padać deszcz a potem grad. Jestem na to przygotowany, zarzucam na siebie tropik i nieczuły na to co dzieje się koło mnie idę spokojnie szlakiem w dół. Burza zaczyna coraz poważniej straszyć, w pewnym momencie jednocześnie rejestruję błysk i grzmot. Uf, znowu się udało, ale to było jej ostatnie tchnienie, teraz z każdą chwilą uspokaja się i ucisza. Po piętnastu minutach już nie pada a niebo zaczyna się przecierać. Pozbywam się topiku i radośnie maszeruję do domu, po mokrej ziemi - widać padało wszędzie. Tym razem ICM się nie pomyliło, wręcz perfekcyjnie przewidziało przedpołudniowe warunki pogodowe.

1 czerwca, w pociągu gdzieś na trasie Wrocław-Domaszków