Spacer z Fantazją

Dziś mija 9 dzień od operacji wyrostka robaczkowego, jako że prognoza na najbliższe dni nie jest optymistyczna (ma padać śnieg), postanawiam wykorzystać dzisiejszy dzień na rozprostowanie kości. Tradycyjnie już przy tym kierunku wiatru (zachód z odchyłkami) udaję się na zbocze leżące 10 minut marszu ode mnie z domu (dzisiaj maszerowałem jednak 20 minut). Kierunek wiatru nie jest prostopadły do zbocza, jego siła nie przeraża, montuję model, odpalam z łąki i zaczynam żeglować na rogu zbocza, w miejscu gdzie wiatr powinien prostopadle wiać do niego.

Chwilę po starcie, w drodze na
 zbocze, mały punkcik za drogą
to ja

Staram trzymać się naroża
zbocza gdzie wiatr jest do
niego prostopadły

Jest ciężko i z każdą chwilą
niżej a dojście w dogodny punkt
obserwacyjny zagradza płot

Co kilka minut muszę
odpalać silnik, lądowanie
tutaj odpada - mnóstwo róż

Męczę się jakieś 15 minut na tym zboczu, podchodzę pod nie celem lepszej obserwacji ale natrafiam na wysoki płot i coś jakby uprawę dzikich róż, bo po regularności ich ułożenia trudno myśleć, że to samosiejki. Nagle słyszę głośny hałas silników spalinowych i zauważam kilkanaście (!!!) samochodów terenowych jadących drogą 100 metrów poniżej mnie. Postanawiam się im przyjrzeć, schodzę kilkanaście metrów niżej i odkrywam przy okazji obejście płotu. Wreszcie mam dogodne miejsce do obserwacji modelu, tymczasem samochody rozjeżdżają się na 3 grupy.

Nagle pojawiła się gang
samochodów terenowych

Tzw. "Indiańska Chatka"
miejscowi wiedzą o co chodzi

Przyleciał ptak, dmuchnęło
i wreszcie wyjechałem wysoko

Rzeźbię na tym słabiutkim żaglu, nagle zza drzew wylatuje duży ptak, jednocześnie czuję na plecach podmuch - staram się powtarzać manewry ptaka a ten momentalnie idzie w górę. Nie byłem w stanie go dogonić - zrobił dużą wysokość i poleciał gdzieś, ja tymczasem usadawiam się pewnie powyżej szczytu i postanawiam wykonać przeskok na sąsiednie zbocze. Schodzę do wsi i gdy zbliżam się do skrzyżowania puszczam fantazję na przeskok. Obawiam się przejścia przez wioskę - przy drodze mnóstwo krzyżujących się linii elektrycznych, jednak żadnych zakłóceń nie ma. Po chwili model z nieznaczną utratą wysokości jest już  na drugim zboczu, ja także - podłuższej chwili.

Dokładnie nad centrum
wiochy

Model na drugim zboczu,
ja nie jestem tak szybki

Spokojne latanie nad
drugim zboczem

Wykończył mnie ten kawałek - rana po operacji boli jeszcze przy gwałtowniejszych ruchach. Relaksuję się na drugim zboczu, nagle słyszę potężny huk i po chwili jego odbicie od lasu. Wojna czy co ? Po ledwie słyszalnym gwiździe wnioskuję, że to grom wywołany przekroczeniem bariery dźwięku przez samolot. Dziwne, dawno nikt nie latał tu w okolicach z prędkością naddźwiękową, a może to moje (szpiegowskie) loty Fantazją zainicjowały jakąś akcję jej przechwycenia ? Tymczasem zastanawiam się jak to możliwe, że przy tak dużej odchyłce wiatru (około 45 stopni) tak świetnie nosi. Walka przenosi się na ziemię, mam trudności z przebiciem się przez las, wymijam pasy drzew (dobrze że nie ma liści) robiąc przy tym różne dziwaczne manewry fantazją tak, aby cały czas mieć ją na oku. Z ciekawości włączam silnik, lecz regiel obcina go po kilku sekundach. Co jest, przecież kręciłem nim łącznie nieco ponad minutę a cała pozostała elektronika bierze nie więcej niż 0.5 A ? Zwalam to na zimno, w każdym razie dobrze wiedzieć, że w razie czego nie mogę się ratować silnikiem. Docieram do ambony (to już trzecia dzisiaj którą mijam) i to chyba będzie na dzisiaj koniec - nie będę się stanie przebić się przez sporą połać lasu, drogą też nie dam rady, gdyż musiałbym podeprzeć się silnikiem. Szkoda, gdyż jestem już blisko kolejnej wsi z ciekawym kamieniołomem (fajnie by było tam polatać) i dalej znów kilometry zboczy... Zapuszczam się jeszcze w kierunku wiochy, chcę sfotografować krzyż na szczycie góry.

Następna wieś z pięknym
kościołem, dotarcie do niej
to cel nie na dzisiaj

Krzyż na szczycie góry
nazywającej się Gołota, pojawił
się tu kilka lat temu

Jakieś bagna i lasy do
obejścia - łatwo nie będzie,
szczególnie jak będą liście

Czuję się już zmęczony (rana daje znać o sobie), latam jeszcze chwilę na przedpolu i znów nie mogę się nadziwić niezwykle dużemu zasięgowi noszeń. Ląduję pół kilometra od zbocza a i tak coś tu jeszcze nosi. Aparatura podaje czas lotu: godzina i 17 minut, odległość między punktami startu i lądowania to jakieś 3 kilometry. Niewiele, ale podoba mi się taki rodzaj latania. Do domu wracam zmęczony (i obolały), ale cudownie uspokojony i wyciszony. Warto było.

Międzygórze, 22 stycznia 2007