Święta Bożego narodzenia i nowy rok w Międzygórzu

Na koniec roku 2006 wyszło 10 dni wolnego w domu, starałem się więc zmaksymalizować zimową eksplorację mojej okolicy, jednak wobec pewnej niedyspozycji mojego organizmu udało się to tylko częściowo.

23 grudnia, pierwszy dzień w domu, byłem ledwo żywy i jedyne na co mnie było stać to popołudniowy lot Fantazją. Pogoda  świetna, słońce bardzo nisko (ach, te długie cienie) i prawie brak wiatru (wyżej jednak coś wiało).

Tam w dole mieszkam
 

Wbrew temu co niektórzy
mówili na święta mieliśmy śnieg

Jeden z najkrótszych dni w
roku, cienie są bardzo długie

Dzień później, czyli w wigilię szarpnąłem się na wypad na szczyt Śnieżnika, oczywiście z Fantazją w plecaku i na rowerze rzecz jasna. Nie wyglądało na to, że będzie jakakolwiek widoczność ze szczytu, więc nawet nie brałem aparatu. Błąd! Aparat należy brać ze sobą zawsze, można przegapić wiele ciekawych okazji, tym razem był to niezwykły widok przelewających się chmur. Rowerem wyjechałem do samego schroniska na Śnieżniku, resztę drogi pokonałem pchając go. Na szczycie wiało dość solidnie (> 10 m/s) z północy, lecz Fantazja ma zboczu uzyskiwała tylko nieznaczne przewyższenia. Po pół godzinie latania zauważyłem, że szczyt ponownie pogrąża się w chmurach, to było niezwykłe - zamglenie pojawiło się z nikąd i w okamgnieniu widoczność spadła do kilkunastu metrów. Wylądowałem na chwilę przed kompletną utratą widoczności, spakowałem się i zjechałem od samego szczytu aż do domu. Jak to często bywa w zimie, dziś także była silna inwersja - na szczycie było ciut poniżej zera a w domu około -10.

Na szczycie, chwilę przed
startem. Jaki ten cień dłuuugi

I już w powietrzu. Z góry szczyt
 wydaje się być płaski jak decha

Rzut okiem na dolinę
Morawy (Czechy)

Rzut okiem na szczyt i
schronisko pod Śnieżnikiem

Początki zachmurzenia
 

Widać już tworzące się w
oddali soczewkowate twory

 Następnego dnia także zaliczyłem szczyt Śnieżnika, niestety bez Fantazji ani aparatu (wujek go wcześniej podwędził). Nagrodą tego dnia był bezstresowy zjazd ze szczytu (nie miałem niczego co mógłbym uszkodzić przy potencjalnej wywrotce). Po kilku cyklach odmarzania/zamarzania pokrywa śniegu zamienia się w warstwę lodu, są to idealne warunki do jazdy zimą na rowerze, można osiągać bardzo duże prędkości i jest dość bezpiecznie - w razie przyglebienia ląduje się bądź co bądź w śniegu. Przeczekałem jeden dzień i 27 grudnia wybrałem się powtórnie na Śnieżnik, tym razem z aparatem. Widoczność w górnych warstwach atmosfery (> 1000 m.n.p.m.) była rewelacyjna - Karkonosze jak na dłoni, tak samo pobliskie pasmo Sudetów w Czechach. Niestety nie dało się zajrzeć zbyt daleko w Czechy, gdyż (jak to często bywa) rejon ten był bardzo zamglony. Za to udało mi się wypatrzyć Ślężę, co oznacza, że w odpowiednich warunkach można dostrzec Wrocław. A więc legendy o widocznych światłach Wrocławia nie są wyssane z palca. Tak mnie te widoki rozochociły, że zamiast ze szczytu zjechać bezpośrednio do domu skręciłem na Żmijowiec w celu zaliczenia jeszcze Czarnej Góry. Niestety trasa przez Żmijowiec była 'przejezdna' w wielkim cudzysłowiu, te 4 km tak mi dały popalić, że zamiast gramolić się na wieżę widokową czym prędzej sturlałem się najkrótszą możliwą drogą do domu.

Jakiś grzyb atomowy ??

Takie widoki były...

... kilka metrów od schroniska

Widok na dolinę Morawy,
Czechy jak zwykle zakitowane

Tłumy ludzi, szkoda że słychać
było tylko język czeski

Tam gdzieś na horyzoncie
Ślęża, widać też przekaźnik TV

I kolejne grzyby atomowe
 

Mój rumak na samym szczycie
 

Karkonosze jak na dłoni,
a  to przecież prawie 100 km

Następnego dnia - kupa - pogoda się zepsuła, wiatr obrócił się o 180 stopni, chmury wisiały nisko, padał drobny śnieg ale nie przeszkodziło mi to w oblataniu Fantazją Wilkanowa. Ciekawie było krążyć kilkadziesiąt metrów nad domami, ciekawe czy też ktokolwiek wypatrzył mój model ? W każdym razie nikt nie strzelał.

Miejsce startu, na szczęście
nie ma krów i koni

Może by tak wyciągnąć
jakąś rybkę ze stawu?

Widok na centrum Wilkanowa
 

Cóż tam nowego sąsiedzi
kupili?

Nowe gimnazjum, ach ileż to
kontrowersji było i jest z tym

Widoczność siadła, zaraz
będzie lądowanie

Dzień później przestało padać i przestało też wiać. Zrobiłem rowerem z Fantazją kilkudziesięciokilometrową pętlę, żeby wreszcie znaleźć się na łące 300 metrów od domu. W takich maślanych warunkach, po dość emocjonującym starcie, kiedy to przechłodzony akumulator dawał prądu ledwie wystarczającego do utrzymania wysokości wreszcie wykręciłem się na dość konkretną wysokość, zrobiłem kilka nurkowań celem sprawdzenia wyważenia, pokręciłem trochę akrobację i szczęśliwy wróciłem do domu.

W oddali Wilkanów
 

Jaworek, góra niespełnionych
 marzeń

Po lewej droga do Domaszkowa
Niecierpię pokonywać ją w górę

I jeszcze podglądamy co tam
na zaporze słychać

Następnego dnia wypogodziło się nieco, ale rozwiało się też strasznie. Wybrałem się z Fantazją na Idzików, tym razem postanowiłem wystartować ze szczytu, dzięki czemu powinienem mieć lepszą widoczność modelu a przez to szersze możliwości eksploracji tego rozległego i noszącego wszędzie zbocza. Po niezwykle emocjonującym starcie (znów zimny akumulator) okazało się, że górą wieje naprawdę nieźle, w podmuchach z pewnością przekraczało 20 m/s i jest spora odchyłka. Wytrzymałem 20 minut lotu praktycznie w miejscu, wylądowałem i przeniosłem się na zbocze w Wilkanowie koło gimnazjum. Wystartowałem tam, lecz turbulencje okazały się tak silne, że dobrych kilka minut musiałem zastanawiać się gdzie i jak wylądować. Wyleciałem daleko za zbocze i z długiej prostej, na dużej prędkości wylądowałem bez żadnych niespodzianek na zaoranym polu.

Idzików - tu nosi wszędzie

Ja tam taki mały na ziemi...

Zima to czy wiosna?

Wilkanów, dało mi popalić

No i to były moje całe święta. Sylwestra spędziłem na schronisku na Śnieżniku (tym razem zdobyłem je z buta) a wracałem stamtąd o 5 nad ranem, w strugach deszczu. Niestety żadnych zdjęć z tej imprezy nie posiadam, może to i dobrze.

 

Międzygórze, 29 stycznia 2007