Długi weekend majowy

Długie weekendy majowe zawsze wspominam bardzo miło. Jak tylko pamięć sięga mi wstecz, pogoda dopisywała i pomysłów na spędzenie wolnego czasu nigdy nie brakowało.

Sobota. Od czego by tu zacząć nowy dzień - oczywiście od krótkiej przejażdżki na rowerze. Wyprawa trochę się wydłużyła, potrwała 6 godzin i pochłonęła około 60 kilometrów. Bardzo okrężną drogą dojechałem do Stronia Śląskiego, gdzie z Panem Czesiem polataliśmy Fantazją na termice. Wróciłem przez Czarną Górę - ech, forma mi w dalszym ciągu dopisuje i daję rade jeszcze targać pod górę. W Międzygórzu pizza, piwko i powolutku do domu...

Niedziela. Z powodu zajebistego zimna oraz leczenia bólu gardła spędzona nad ulatnianiem Fantazji

Poniedziałek. Zimno trochę puściło, ból gardła także. Wycieczka krajoznawcza na Hutę - aż się nie chce wierzyć, że pierwsze loty na paralotni wykonałem stamtąd 7 lat temu, czy ja już taki stary jestem?. Miałem dobre przeczucia odnośnie pogody - na szczycie spotykam Sebastiana z lotnią, znamy się tak długo jak latam. Startuję Fantazją na zająca, Sebastian stwierdza że nie ma co czekać i odpala. Latamy wspólnie razem, Sebastian pięknie podkręca, ja niestety gubię się gdzieś na pułapie 400-500 metrów. W ten sposób wylatałem ponad dwie godziny, zmarzłem okropnie. Sturlałem się do Kolonii Muszyn do znajomego, na dzień dobry zostałem zagoniony do zbierania kamieni z pola... w nagrodę zostałem nakarmiony. Po godzinie na rower i do domu...

Wtorek. Z racji bolącego tyłka od jazdy na rowerze - wycieczka piesza. Zwiedziłem okoliczne pagóry i punkty widokowe dotychczas widziane z ich podnóża. Spokojne tempo i pełen relaks, w sam raz na zszargane nerwy.

 

Czwartek: Postanowiłem zrealizować stary pomysł - obejrzeć zachód słońca ze szczytu Śnieżnika. Ponieważ nie samą chwilą człowiek żyje chciałem zostać trochę dłużej - aż do nocy. W tym celu upchałem plecak ciuchami i... czekałem aż wujek wróci z aparatem. W ten sposób wyruszyłem godzinę później niż planowałem, o 18. Cisnąłem ile wlezie i schronisko na Śnieżniku osiągnąłem mając godzinę i 3 minuty jazdy na liczniku. Słońce było wysoko, więc ostatni odcinek, czyli drogę na szczyt pokonałem już spokojnie. Rozłożyłem stanowisko obserwacyjne na ruinach wieży, ubrałem się, rozstawiłem statyw na aparat i patrzyłem...popijając kubusiem i zagryzając czekoladą. A było na co patrzeć, słońce malowało niebo w sposób trudny do wyrażenia, obraz zmieniał się z każdą chwilą, powoli zapadała noc... O godzinie 22 zapadł już zmrok, zacząłem się trząść z zimna, zebrałem się i zjechałem do domu, co zajęło mi 45 minut. Zjazd oświetlałem zrobioną przeze mnie czołówką na dwóch Luxeonach Star, był to pierwszy chrzest bojowy tej lampki, nie zawiodła. Jak się okazało drugiego dnia, po drodze mijałem kolegę, który akuratnie wracał z imprezy i zszedł na pobocze przed nadjeżdżającym samochodem...ten samochód okazał się być rowerem ze mną na pokładzie...

 

Piątek: Po niezbyt udanym oblocie nowej Fantazji zabrałem małą Fantazję i psa na łąki nad domem i wziąłem się za relaksacyjnie latanie. Termika była niesamowita, nosiło wszędzie, w pewnym momencie złapałem tak gigantyczne noszenie, że w około minutę wyjechałem na około 400 metrów. Taka wysokość nieco mnie przeraża, wysoko nad Fantazją ujrzałem krążący szybowiec, nie miałem zamiaru tak wysoko latać, wylądowałem, zmieniłem akumulator, wstawiłem aparat i ponownie w powietrze... Tym razem nie było już tak dobrze, duża chmura przykryła obszar nad którym latałem i noszenia były raczej symboliczne. Niemniej udało mi się wytrzymać około pół godziny w tym locie, dzień więc można uznać za udany - niecałe 1.5 godziny w powietrzu a pies jaki szczęśliwy ganianiem za modelem!

Sobota: Minęła na naprawianiu nowej Fantazji

Niedziela: Oblot naprawionej Fantazji, szczegóły tutaj