Wielkanoc 2007

Na Wielkanoc miałem do dyspozycji 9 dni wolnego. Niestety, pogoda nie dopisała a po drugie znów męczyła mnie grypa. Ale nie próżnowałem.

 W niedzielę zebrałem się do kupy i powolutku pojechałem rowerem do Marianówki. Jest tam ciekawe zbocze, da się tam latać na żaglu i w termice, która jest dość aktywna w tym miejscu, lecz każdego dnia trzeba szukać jej w innym miejscu. Nie sposób stwierdzić, gdzie tym razem będzie nosić, zazwyczaj trzeba oblatać na silniku spory kawałek nieba żeby wreszcie na dobre zaczepić się. Mimo że pogoda była taka sobie, wyszła mi niecała godzina 'wiszenia' w powietrzu.

Startowisko, w tle mój
niezawodny towarzysz - rower

Księża? wycharali kawał lasu,
i posadzili coś 'od sznurka'

W tle Idzików i zbocza na
południowe wiatry

W tle wieś Szklary i zachodnie
zbocze Czarnej Góry

W (lany) poniedziałek wziąłem psa i poszedłem na przedpole góry Iglicznej. Mój pies to ciekawe zwierze, gania jak szalony za lecącym modelem i widzi go nawet ze znacznej wysokości, nie gorzej niż ja. Kiedyś coś mu się pokręciło i pogonił za ptakiem, ale teraz już się nauczył rozróżniać mój model od innych latających obiektów. Latanie dość kiepskie - duża odchyłka i termika nie do użycia, mimo to fajnie było się wyrwać na świeże powietrze.

Wtorek, dzień w którym poczułem przypływ sił życiowych. Rano zebrałem się i wsiadłem na rower, pogoda taka sobie, lecz po tylu dniach gnicia w domu nie przeszkadzało mi to. Ruch, wiatr we włosach, spokój i cisza towarzyszące pokonywanym kilometrom, piękno otaczającej przyrody - wspaniały stan umysłu - cóż może być piękniejszego ? To wspaniałe samopoczucie opuściło mnie gdy zaraz za Różanką trafiłem na rajd samochodowy. Wiązało się z zamknięciem asfaltowej drogi prowadzącej do Niemojowa. Strasznie kląłem, rajdy samochodowe prześladują mnie od czasu, gdy jeżdżę na rowerze. Chcąc nie chcąc trzeba było rower wziąć na plecy i obejść trasę wyścigu. W ten sposób polami i łąkami dotarłem do Niemojowa i do szerokiej jak lotnisko autostrady sudeckiej. Po drodze minąłem kilkunastu rowerzystów i pieszych i w Poniatowie skręciłem tak, aby wyjechać na Porębę. Stoczyłem się do Długopola, odwiedziłem tamtejszą stację PKP i przez pola i wiochy dojechałem do domu. Chyba jednak za wcześnie szarpnąłem się na taką wycieczkę...

Aaaa! Nienawidzę
blachosmrodów!!!

Wyremontowana w zeszłym
roku autostrada sudecka

Worki z niezidentyfikowaną
zawartością

Stacja PKP w Długopolu
 

Pogoda 'siadła', wiosna też
jeszcze daleko

Ponieważ w domu byłem około 14 i stwierdziłem, że wiatr wieje idealnie z zachodu, zebrałem się i poszedłem latać Fantazją na zboczach Jaworka. Kilkanaście sekund kręcenia śmigłem i już byłem w strefie noszeń, dość poszarpanej i turbulentnej, na wysokości około 150 metrów wszystko się uspokoiło i fantazję zaczęło mi wywiewać w kosmos... Spokojnie sobie dospacerowałem do Jaworka, pokręciłem się trochę pod chmurami i wróciłem asfaltem, tym razem trzymając Fantazję daleko na przedpolu. Dziś nosiło wszędzie i to jak ! Takie latanie jest dość nudne - zero emocji, nic się nie dzieje, dobrze że przynajmniej ciekawe fotki wychodzą. Z trudem wylądowałem (nosiło wszędzie) po przeszło godzinie latania. Fotografie z tego lotu bardzo mnie zaskoczyły, następnym razem w takich warunkach wezmę leżak, lornetkę i wysilę się na większą wysokość...

Zaczynamy od takiego
położenia

Kilka minut potem już
jest taka wysokość

Wilkanów widziany z
dość wysoka

Rzut oka na południe, na
horyzoncie Nowa Wieś

A teraz na północ, Igliczna
i w dole mój dom

Na wschód, Jawornica na
tle Śnieżnika

Międzygórze a w tle szczyt
Czarnej Góry

Widać skąd się wzięła nazwa
Międzygórza

Jeszcze raz Igliczna

Zapora i początek Międzygórza

"Indiańska chatka"

Tak daleko od zbocza a nosi

Środa, cóż można było robić ? Wypad rowerem do Marianówki, tym razem sceneria bardzo wiosenna, noszenia słabe ale dzięki temu zaliczyłem przeszło 40 minut bardzo emocjonującego (i wyczerpującego) latania

W czwartek pogoda jeszcze lepsza, poczułem się jakoś lepiej i pojechałem rowerem na szczyt śnieżnika. Tym razem tradycyjnie - czerwonym szlakiem dokąd się da, a od schroniska z rowerem na plecach na szczyt. Pogoda fajna, trochę wiało, widoki przednie, pełen relaks - żyć nie umierać. Sturlałem się szlakiem niebieskim, zjadłem coś, padłem i zasnąłem...

 

Piątek to wizyta u Pana Czesia w Stroniu Śląskim. Dostałem strasznego kopa i cisnąłem niczym na zawodach, aż zgubiłem gdzieś chustkę-szalik. Po drodze odwiedziłem zalew w Stroniu, wygląda obiecująco.

W sobotę byłem już ledwo żywy, pogoda super, prognoza wskazywała na wiatr ze wschodu, niewiele się zastanawiając spakowałem Fantazję, wsiadłem na rower, cel - szczyt Śnieżnika i latanie na jego wschodniej ścianie. Wyjazd - jak ostatnio, latanie - rewelacja, tylko okropnie zmarzłem. Po czeskiej stronie zauważyłem latające paralotnie, niestety były zbyt daleko abym mógł do nich bezpiecznie dolecieć. Aż mi szkoda było, że nie miałem ze sobą glajta, dziś można było fajnie powozić się na zboczu a na koniec zabrać się z jakimś kominem i dolecieć do samego domu...

Skałka w drodze na Śnieżnik,
zjeżdżało się z niej na linach...

Dolina Morawy, w tle
Svini Hora (Świniak)

Gruzowisko wieży na tle
Czarnej Góry

Karkonosze
 

Pradziad
 

Śnieżnickie stepy...
 

Jeszcze na ziemi,
zdjęcie kontrolne

Pierwsze minuty to
obwąchiwanie warunków

Trzy samoloty na kolizyjnym,
czy przetrwają ??

Widok na Stronie Śląskie
 

Szczyt Śnieżnika w całej
okazałości

Czechy
 

Szczyt i schronisko na
Śnieżniku

Szczyt, pułap maksymalny
 

I dolina Morawy jeszcze raz
 

W dole wyrobiska w Kletnie
 

I na koniec niskie kosiaki...

     

W niedzielę pojechałem na krótką wycieczkę, potem zająłem się topieniem ołowiu, klejeniem i laminowaniem nowej Fantazji a w poniedziałek znów do Wrocławia...